Witam Was serdecznie.
Rozdziały na tym blogu będą pojawiały się regularnie, co 2-3 tygodnie we wtorki lub środy.
Pierwszy nie należy do najciekawszych, na akcję mamy jeszcze czas. :)
Zapraszam do czytania i zostawienia śladu po sobie.
PS Jeśli już tu jesteś, to chociaż doczytaj do końca. :)
PS 2 Konstruktywną krytykę z chęcią przyjmę. :)
***
Poranne promienie słońca oświetlały przedmieścia Londynu, ukazując ich piękno. Na Blankett Alley nie było żywej duszy, a w większości domów zasłony pozostawały szczelnie zasłonięte, by nachalne światło nie obudziło mieszkańców. Pierwszy września był, jak na dość smętną aurę Anglii, wyjątkowo promienny. Na niebie nie znajdowała się ani jedna chmura. Liśćmi nie poruszał nawet lekki wiatr. Czas jakby się zatrzymał.
Rudowłosa dziewczyna siedziała po turecku na swoim łóżku i wlepiła wzrok w zamknięty kufer. Był już spakowany od paru dni. Bardzo pragnęła w końcu wyjechać do Hogwartu i zostawić za sobą toksyczną atmosferę, która nieźle dała jej się we znaki. Petunia na każdym kroku dawała jej do zrozumienia, że jest największym dziwadłem, jakie tylko chodzi po tej ziemi. Na nic były prośby matki i groźby ojca. Pałała do Lily jawną nienawiścią i uprzykrzała jej każdą wolną chwilę. W te wakacje było jednak gorzej. Codziennie sprowadzała pod ich dach niejakiego Vernona Dursleya, spasłego wieprza z wiecznie przepoconą koszulą. Był gburowaty i nieprzyjemny. Razem z Petunią dogadywali jej przy każdej możliwej okazji. Zaczęli nawet czytać jej prywatną korespondencję. To już całkowicie wyprowadziło rudowłosą z równowagi, postanowiła jednak zostać tych kilka dni, ze względu na rodziców.
Za parę godzin miała wyruszyć, by rozpocząć siódmy i zarazem ostatni rok nauki w Hogwarcie. Cieszyła się, że w końcu po dwóch miesiącach zobaczy swoje przyjaciółki, będzie miała własny kąt, gdzie nikt nie będzie jej uprzykrzał życia. No, może z wyjątkiem Pottera, ale z dwojga złego jego była w stanie znosić. Przynajmniej jej nie ubliżał, chociaż sama obecność była nadal wyjątkowo męcząca. Z rozmyślań wyrwało ją cichutkie pohukiwanie Teodora - dorodnego puchacza, który patrzył na nią z wyrzutem wielkimi, złotymi oczami.
- Zapomniałam o Tobie, widzisz, jaka ze mnie gapa? - powiedziała, zwlekając się z łózka. Nasypała na denko parę ziarenek, a do miseczki wlała świeżej wody. Sowa niemal od razu wzięła się za pałaszowanie karmy, a Lily lekko pogłaskała ją po szyi. - Dzisiaj wracamy do domu...
***
W jednej z rezydencji w Dolinie Godryka od wczesnego ranka unosił się zapach naleśników z syropem klonowym. Czarnowłosa kobieta zwinnie poruszała się po kuchni, dokładając na talerz coraz to więcej porcji. Spod jej wysoko upiętego koka wysunęło się parę kosmyków, co dodało jej uroku. Śpiewała pod nosem jakąś zasłyszaną w Elektrycznej Miotle piosenkę, a jej mąż z lubością obserwował tę krzątaninę.
- Kochanie, jesteś teraz taka pociągająca. - powiedział zalotnie, robiąc parę kroków w jej kierunku.
- Charlie, przestań, zaraz tu przyjdzie James! - zaśmiała się, odganiając go chochlą brudną od ciasta naleśnikowego.
- Chwilę mu to zajmie... - szepnął jej wprost do ucha i posadził ją na blacie kuchennym. - A my możemy w tym czasie zrobić coś pożytecznego.
- Co Ty wyprawiasz? Zaraz naleśniki się przypalą... - odchyliła głowę, poddając się pocałunkom męża. - Od dziś będziemy sami, zaczekaj jeszcze trochę!
- Mama?! Tata?! Nie no, ja chyba śnię, przecież Wy jesteście sta-ro-żyt-ni, jak możecie robić takie rzeczy i to jeszcze w kuchni! - czarnowłosy chłopak w okularach stanął, jak wryty, a jego mina wyrażała najwyższe obrzydzenie. Po chwili wpadł na niego jego przyjaciel.
- Och... Chyba jesteśmy nie w porę. - Syriusz wyszczerzył się. Dorea szybko zeskoczyła z blatu, poprawiając guziki koszuli. Jej policzki w sekundę przybrały odcień purpury. Zrezygnowany Charlus podszedł do stołu i usiadł ciężko na krześle.
- Chłopaki... To...
- Nie no, chyba mi teraz nie powiesz, że to nie tak, jak myślimy. Mamy po siedemnaście lat, jesteśmy już dorośli! Na Merlina, nie mogliście już zaczekać do naszego wyjazdu? My TU - wskazał palcem na pomieszczenie - będziemy JEŚĆ... - powiedział z wyrzutem James, nie ruszając się z miejsca.
- A propos... Coś się przypala. - powiedział Black, krzywiąc się mocno. Kobieta z szybkością komety podleciała do kuchenki i zdjęła z niej dymiącą patelnię. Zaklęła siarczyście pod nosem.
- A Ty coś się tak wystroił? - spytał Charlus, zmieniając zgrabnie temat niezręcznej sytuacji i zmarnowanych naleśników.
- Jak wystroił? Normalnie wyglądam.
- To dla Lily. - Syriusz uśmiechnął się wrednie.
- Łapo, zaraz zarobisz! Jak słowo daję, jutro obudzisz się cały w pryszczach i żadna dziewczyna Cię nie zechce!
- Pożar opanowany, choć nie obyło się bez ofiar. Dobra, chłopaki, siadać i jeść! Za godzinę wylatujemy! - zarządziła Dorea, a jej policzki zdążyły nabrać już normalnego koloru.
***
Peron 9 i 3/4 pełen był uczniów Hogwartu i ich rodzin. Na torach stała już czerwona lokomotywa, a wokół niej zaczęło się robić coraz bardziej tłoczno. Panna Evans taszczyła kufer i klatkę z Teodorem, dysząc ciężko. Niewątpliwie straciła kondycję przez te dwa miesiące. Zresztą, czego się spodziewała, skoro większość wolnego czasu przesiadywała w pokoju zajadając się paluszkami. No, może z wyjątkiem jednego tygodnia, kiedy wyjechała z irytującą kuzynką Penny na wakacje do Hiszpanii. Chociaż nawet wtedy nic nie robiła, tylko leżała plackiem na plaży, parząc letnim słońcem skórę do czerwoności. W efekcie końcowym przez ostatnie dwa dni wyjazdu nie mogła się ruszać i nie wychodziła z hotelu, smarując się zimnym, zsiadłym mlekiem. Dziś po oparzeniach została ładna, oliwkowa opalenizna, kto by pomyślał.
Stanęła pod wielką kolumną, odstawiając kufer. Westchnęła ciężko i oparła dłonie o kolana. Wyglądała tak, jakby przebiegła maraton. Nagle podskoczyła z przerażenia.
- Lily! - drobna blondynka rzuciła się dziewczynie na szyję. - Szukałam Cię po całym peronie, prawie się spóźniłaś!
- Hej, Jas! Skąd Ty masz tyle siły! Puść mnie, i tak nie mogę złapać tchu!
- Jej, wyglądasz, jakbyś biegła...
- Bo tak się czuję. - przyznała rudowłosa. Jasmine Bell jedynie uśmiechnęła się pogodnie.
- Marlena i Emily zajęły nam już miejsca, chodź, bo odjadą bez nas. - powiedziała, ciągnąc jej kufer w stronę jednego z wagonów.
***
Przedział Gryfonek klasy siódmej co chwila rozbrzmiewał dźwięcznym śmiechem. Trzy dziewczyny nie mogły już oddychać po kolejnej porcji opowieści Lily. Rudowłosa świetnie naśladowała chłopaka swojej siostry. W trakcie kolejnego wybuchu niekontrolowanej głupawki otworzyły się drzwi. Stanęła w nich piękna dziewczyna, o długich, ciemnych włosach. Czerwień jej ust doskonale komponowała się z letnią sukienką, ukazującą zgrabne nogi. Zmierzyła błękitnym spojrzeniem każdą z dziewczyn, po czym zajęła miejsce pod oknem.
- Nie za wesoło Wam? - spytała poważnym tonem Addams.
- To znaczy? - Marlena McKinnon uniosła głowę i wbiła wzrok w koleżankę.
- To znaczy, że w dobie obecnych wydarzeń może warto zachować odrobinę powagi.
- W dobie obecnych wydarzeń? Odrobinę powagi? - Lily prychnęła pod nosem. - To mamy smęcić cały czas i to wspomoże nas w walce z Voldemortem?
W przedziale zapadła cisza. Jasmine zadrżała na dźwięk tego imienia i skuliła się w sobie. Wiedziała, że dziewczyny nie przepadają za Emily, choć ona sama darzyła koleżankę sympatią. Była nieco ekscentryczna i zadufana w sobie, to fakt, ale była też wrażliwa i oddana. Chyba tylko ona jedna dostrzegła, kiedy w życiu Jas zaczęło dziać się źle. Od tej pory bardzo się do siebie zbliżyły. Ciemnowłosa wstała, podchodząc do Lily.
- Doskonale wiesz, że nie o to mi chodzi, Lilyanne. - ruda zmarszczyła nos, nienawidziła, kiedy ktoś zwracał się do niej pełnym imieniem. - Odnoszę wrażenie, że jesteście wszystkie w innym świecie! Jakbyście dostały ataku głupawki, słychać Was na cały wagon!
- Dziewczyny, spokój! - krzyknęła Bell. - Ostrzegam, jestem prefektem! - uniosła z dumą rumianą twarz. - Jak już ja, Jasmine, podnoszę głos, to macie się mnie słuchać, bo jak nie... - nagle pociąg zatrząsł się, a Emily z głuchym łoskotem runęła na ziemię. Przedział wypełnił się śmiechem. Nawet Addams zaśmiała się z własnego upadku. Do środka niespodziewanie wtoczyło się czterech chłopaków.
- Jeszcze Was tu brakowało. - syknęła ciemnowłosa, wstając zgrabnie z podłogi. Syriusz zagwizdał z uznaniem, a Peter wlepił wzrok w górną partię jej ud. - Spływaj, Black.
- A jak utonę?
- Godryku, za jakie grzechy... - Emily wzniosła oczy ku niebu i usiadła na swoim miejscu. Tuż obok niej rozsiadł się Łapa.
- Jas, chodź do przedziału dla prefektów, już czas. - powiedział Remus, wpatrując się w drobną dziewczynę.
- Gdzie ja mam głowę, gdyby nie Ty, to bym na śmierć zapomniała... - Bell wstała powoli z siedzenia i wyszła wraz z Lupinem na korytarz.
Pierwszy raz James Potter siedział, jak wryty nie odzywając się ani słowem. Docierały do niego przepychanki słowne między Emily, a Syriuszem, mlaskanie Petera i podśpiewywanie Marleny, ale cała jego uwaga skupiła się na Lily. Rudowłosa bardzo się zmieniła przez te dwa miesiące. Jej włosy znacznie się wydłużyły i nieco pociemniały, co doskonale było widać, kiedy spływały kaskadami na ramiona. Nabrała kobiecych kształtów tu i ówdzie, nie była tęga, była szczupła, jednak parę centymetrów doszło jej w biuście i w biodrach. Zauważył, że nawet lekko pomalowała oczy. Taksował ją wzrokiem, będąc w kompletnym szoku. Zawsze na niego działała, ale teraz postanowił zrobić naprawdę wszystko, by była tylko jego. Przeczesał swoje czarne włosy, tworząc na nich jeszcze większy nieład, niż dotychczas i odchrząknął.
- Jak wakacje, Lily? - rudowłosa zwróciła na niego swoje zielone, migdałowe oczy.
- Względnie, dzięki. - odparła.
- Świetnie wyglądasz.
- Wiem, szkoda, że tego samego nie można powiedzieć o Tobie.
- O Pani, ranisz me serce! - wykrzyknął teatralnie James i upadł na podłogę zamykając oczy. Cały przedział znów wypełnił się śmiechem. Nawet przez parę sekund słyszał dźwięczny głos rudowłosej, który umilknął po chwili. Rogacz ostrożnie otworzył jedno oko i zobaczył, jak Evans zaciska usta w cienką linię.
- Gratuluję zdolności aktorskich, ale wstawaj, Potter. No już!
- Ja bym tego nie ignorował, nie wiesz, co przeżył podczas śniadania. - powiedział poważnym tonem Syriusz.
- Nic gorszego, niż przebywanie z Tobą nie mogło go spotkać. - Emily uśmiechnęła się jadowicie i szturchnęła Jamesa obcasem. Łapa zrobił urażoną minę, dawno nikt nie działał mu tak na nerwy, laska wyrobiła się przez wakacje i myśli, że może bezkarnie obrażać Syriusza Blacka. - No, to Potter leży, jak zdechły!
- To niech sobie leży, jak przeziębi sobie nerki, to jego sprawa. - odparła Evans machając ręką.
- Martwisz się o mnie? - spytał, siadając. Wsparł się na jej odsłoniętych kolanach.
- Potter, weź te łapska!
- A umówisz się ze mną? - powiedział to bardziej dla tradycji, chcąc rozładować atmosferę, która była napięta od momentu ich przyjścia. Zapomniał jednak, że nie jest to najlepszy sposób na zrelaksowanie rudowłosej.
***
Jak co roku, pierwszy września w Hogwarcie rozpoczęło przydzielanie pierwszorocznych do ich domów. Jasmine zwróciła uwagę na jedną dziewczynkę, która została przyjęta do Gryffindoru. Miała jedenaście lat, ale była przepiękna. Jej blond włosy falowały przy każdym kroku, miała wielkie, błękitne oczy i zalotny uśmiech. Bell skądś kojarzyła wszystkie te cechy, nie mogła sobie jednak przypomnieć, skąd. Czuła, że miała to słowo na końcu języka, gdy nagle Peter wyrzucił je z siebie, wlepiając wzrok w uczennicę.
- Wiła!
- Glizdek, bo zaraz zaczniesz się ślinić na widok dziecka. - skarcił go Remus.
- No co, przecież się w niej nie zakochałem... - powiedział Pettigrew, czerwony jak burak. - Po prostu pierwszy raz widzę na własne oczy takie zjawisko.
- Nie pamiętasz już Madeleine? - mrugnął do niego Syriusz. - Taka laska, z którą byłem na wakacjach dwa lata temu? Przyjechała z matką do mojej wykolejonej rodzinki. Do dziś nie zapomnę, jak całowałeś jej buta na Pokątnej, śpiewając "amore mio"!
- Hej, to już było poniżej pasa, musisz go poniżać nawet przy nas? - spytała oburzonym tonem Emily, wlepiając w Blacka oskarżycielskie spojrzenie.
- Cicho! - zarządziła Lily, wskazując dyskretnie palcem na Tiarę, która wyraźnie przygotowywała się do odśpiewania corocznej pieśni.
Rudowłosa dziewczyna siedziała po turecku na swoim łóżku i wlepiła wzrok w zamknięty kufer. Był już spakowany od paru dni. Bardzo pragnęła w końcu wyjechać do Hogwartu i zostawić za sobą toksyczną atmosferę, która nieźle dała jej się we znaki. Petunia na każdym kroku dawała jej do zrozumienia, że jest największym dziwadłem, jakie tylko chodzi po tej ziemi. Na nic były prośby matki i groźby ojca. Pałała do Lily jawną nienawiścią i uprzykrzała jej każdą wolną chwilę. W te wakacje było jednak gorzej. Codziennie sprowadzała pod ich dach niejakiego Vernona Dursleya, spasłego wieprza z wiecznie przepoconą koszulą. Był gburowaty i nieprzyjemny. Razem z Petunią dogadywali jej przy każdej możliwej okazji. Zaczęli nawet czytać jej prywatną korespondencję. To już całkowicie wyprowadziło rudowłosą z równowagi, postanowiła jednak zostać tych kilka dni, ze względu na rodziców.
Za parę godzin miała wyruszyć, by rozpocząć siódmy i zarazem ostatni rok nauki w Hogwarcie. Cieszyła się, że w końcu po dwóch miesiącach zobaczy swoje przyjaciółki, będzie miała własny kąt, gdzie nikt nie będzie jej uprzykrzał życia. No, może z wyjątkiem Pottera, ale z dwojga złego jego była w stanie znosić. Przynajmniej jej nie ubliżał, chociaż sama obecność była nadal wyjątkowo męcząca. Z rozmyślań wyrwało ją cichutkie pohukiwanie Teodora - dorodnego puchacza, który patrzył na nią z wyrzutem wielkimi, złotymi oczami.
- Zapomniałam o Tobie, widzisz, jaka ze mnie gapa? - powiedziała, zwlekając się z łózka. Nasypała na denko parę ziarenek, a do miseczki wlała świeżej wody. Sowa niemal od razu wzięła się za pałaszowanie karmy, a Lily lekko pogłaskała ją po szyi. - Dzisiaj wracamy do domu...
***
W jednej z rezydencji w Dolinie Godryka od wczesnego ranka unosił się zapach naleśników z syropem klonowym. Czarnowłosa kobieta zwinnie poruszała się po kuchni, dokładając na talerz coraz to więcej porcji. Spod jej wysoko upiętego koka wysunęło się parę kosmyków, co dodało jej uroku. Śpiewała pod nosem jakąś zasłyszaną w Elektrycznej Miotle piosenkę, a jej mąż z lubością obserwował tę krzątaninę.
- Kochanie, jesteś teraz taka pociągająca. - powiedział zalotnie, robiąc parę kroków w jej kierunku.
- Charlie, przestań, zaraz tu przyjdzie James! - zaśmiała się, odganiając go chochlą brudną od ciasta naleśnikowego.
- Chwilę mu to zajmie... - szepnął jej wprost do ucha i posadził ją na blacie kuchennym. - A my możemy w tym czasie zrobić coś pożytecznego.
- Co Ty wyprawiasz? Zaraz naleśniki się przypalą... - odchyliła głowę, poddając się pocałunkom męża. - Od dziś będziemy sami, zaczekaj jeszcze trochę!
- Mama?! Tata?! Nie no, ja chyba śnię, przecież Wy jesteście sta-ro-żyt-ni, jak możecie robić takie rzeczy i to jeszcze w kuchni! - czarnowłosy chłopak w okularach stanął, jak wryty, a jego mina wyrażała najwyższe obrzydzenie. Po chwili wpadł na niego jego przyjaciel.
- Och... Chyba jesteśmy nie w porę. - Syriusz wyszczerzył się. Dorea szybko zeskoczyła z blatu, poprawiając guziki koszuli. Jej policzki w sekundę przybrały odcień purpury. Zrezygnowany Charlus podszedł do stołu i usiadł ciężko na krześle.
- Chłopaki... To...
- Nie no, chyba mi teraz nie powiesz, że to nie tak, jak myślimy. Mamy po siedemnaście lat, jesteśmy już dorośli! Na Merlina, nie mogliście już zaczekać do naszego wyjazdu? My TU - wskazał palcem na pomieszczenie - będziemy JEŚĆ... - powiedział z wyrzutem James, nie ruszając się z miejsca.
- A propos... Coś się przypala. - powiedział Black, krzywiąc się mocno. Kobieta z szybkością komety podleciała do kuchenki i zdjęła z niej dymiącą patelnię. Zaklęła siarczyście pod nosem.
- A Ty coś się tak wystroił? - spytał Charlus, zmieniając zgrabnie temat niezręcznej sytuacji i zmarnowanych naleśników.
- Jak wystroił? Normalnie wyglądam.
- To dla Lily. - Syriusz uśmiechnął się wrednie.
- Łapo, zaraz zarobisz! Jak słowo daję, jutro obudzisz się cały w pryszczach i żadna dziewczyna Cię nie zechce!
- Pożar opanowany, choć nie obyło się bez ofiar. Dobra, chłopaki, siadać i jeść! Za godzinę wylatujemy! - zarządziła Dorea, a jej policzki zdążyły nabrać już normalnego koloru.
***
Peron 9 i 3/4 pełen był uczniów Hogwartu i ich rodzin. Na torach stała już czerwona lokomotywa, a wokół niej zaczęło się robić coraz bardziej tłoczno. Panna Evans taszczyła kufer i klatkę z Teodorem, dysząc ciężko. Niewątpliwie straciła kondycję przez te dwa miesiące. Zresztą, czego się spodziewała, skoro większość wolnego czasu przesiadywała w pokoju zajadając się paluszkami. No, może z wyjątkiem jednego tygodnia, kiedy wyjechała z irytującą kuzynką Penny na wakacje do Hiszpanii. Chociaż nawet wtedy nic nie robiła, tylko leżała plackiem na plaży, parząc letnim słońcem skórę do czerwoności. W efekcie końcowym przez ostatnie dwa dni wyjazdu nie mogła się ruszać i nie wychodziła z hotelu, smarując się zimnym, zsiadłym mlekiem. Dziś po oparzeniach została ładna, oliwkowa opalenizna, kto by pomyślał.
Stanęła pod wielką kolumną, odstawiając kufer. Westchnęła ciężko i oparła dłonie o kolana. Wyglądała tak, jakby przebiegła maraton. Nagle podskoczyła z przerażenia.
- Lily! - drobna blondynka rzuciła się dziewczynie na szyję. - Szukałam Cię po całym peronie, prawie się spóźniłaś!
- Hej, Jas! Skąd Ty masz tyle siły! Puść mnie, i tak nie mogę złapać tchu!
- Jej, wyglądasz, jakbyś biegła...
- Bo tak się czuję. - przyznała rudowłosa. Jasmine Bell jedynie uśmiechnęła się pogodnie.
- Marlena i Emily zajęły nam już miejsca, chodź, bo odjadą bez nas. - powiedziała, ciągnąc jej kufer w stronę jednego z wagonów.
***
Przedział Gryfonek klasy siódmej co chwila rozbrzmiewał dźwięcznym śmiechem. Trzy dziewczyny nie mogły już oddychać po kolejnej porcji opowieści Lily. Rudowłosa świetnie naśladowała chłopaka swojej siostry. W trakcie kolejnego wybuchu niekontrolowanej głupawki otworzyły się drzwi. Stanęła w nich piękna dziewczyna, o długich, ciemnych włosach. Czerwień jej ust doskonale komponowała się z letnią sukienką, ukazującą zgrabne nogi. Zmierzyła błękitnym spojrzeniem każdą z dziewczyn, po czym zajęła miejsce pod oknem.
- Nie za wesoło Wam? - spytała poważnym tonem Addams.
- To znaczy? - Marlena McKinnon uniosła głowę i wbiła wzrok w koleżankę.
- To znaczy, że w dobie obecnych wydarzeń może warto zachować odrobinę powagi.
- W dobie obecnych wydarzeń? Odrobinę powagi? - Lily prychnęła pod nosem. - To mamy smęcić cały czas i to wspomoże nas w walce z Voldemortem?
W przedziale zapadła cisza. Jasmine zadrżała na dźwięk tego imienia i skuliła się w sobie. Wiedziała, że dziewczyny nie przepadają za Emily, choć ona sama darzyła koleżankę sympatią. Była nieco ekscentryczna i zadufana w sobie, to fakt, ale była też wrażliwa i oddana. Chyba tylko ona jedna dostrzegła, kiedy w życiu Jas zaczęło dziać się źle. Od tej pory bardzo się do siebie zbliżyły. Ciemnowłosa wstała, podchodząc do Lily.
- Doskonale wiesz, że nie o to mi chodzi, Lilyanne. - ruda zmarszczyła nos, nienawidziła, kiedy ktoś zwracał się do niej pełnym imieniem. - Odnoszę wrażenie, że jesteście wszystkie w innym świecie! Jakbyście dostały ataku głupawki, słychać Was na cały wagon!
- Dziewczyny, spokój! - krzyknęła Bell. - Ostrzegam, jestem prefektem! - uniosła z dumą rumianą twarz. - Jak już ja, Jasmine, podnoszę głos, to macie się mnie słuchać, bo jak nie... - nagle pociąg zatrząsł się, a Emily z głuchym łoskotem runęła na ziemię. Przedział wypełnił się śmiechem. Nawet Addams zaśmiała się z własnego upadku. Do środka niespodziewanie wtoczyło się czterech chłopaków.
- Jeszcze Was tu brakowało. - syknęła ciemnowłosa, wstając zgrabnie z podłogi. Syriusz zagwizdał z uznaniem, a Peter wlepił wzrok w górną partię jej ud. - Spływaj, Black.
- A jak utonę?
- Godryku, za jakie grzechy... - Emily wzniosła oczy ku niebu i usiadła na swoim miejscu. Tuż obok niej rozsiadł się Łapa.
- Jas, chodź do przedziału dla prefektów, już czas. - powiedział Remus, wpatrując się w drobną dziewczynę.
- Gdzie ja mam głowę, gdyby nie Ty, to bym na śmierć zapomniała... - Bell wstała powoli z siedzenia i wyszła wraz z Lupinem na korytarz.
Pierwszy raz James Potter siedział, jak wryty nie odzywając się ani słowem. Docierały do niego przepychanki słowne między Emily, a Syriuszem, mlaskanie Petera i podśpiewywanie Marleny, ale cała jego uwaga skupiła się na Lily. Rudowłosa bardzo się zmieniła przez te dwa miesiące. Jej włosy znacznie się wydłużyły i nieco pociemniały, co doskonale było widać, kiedy spływały kaskadami na ramiona. Nabrała kobiecych kształtów tu i ówdzie, nie była tęga, była szczupła, jednak parę centymetrów doszło jej w biuście i w biodrach. Zauważył, że nawet lekko pomalowała oczy. Taksował ją wzrokiem, będąc w kompletnym szoku. Zawsze na niego działała, ale teraz postanowił zrobić naprawdę wszystko, by była tylko jego. Przeczesał swoje czarne włosy, tworząc na nich jeszcze większy nieład, niż dotychczas i odchrząknął.
- Jak wakacje, Lily? - rudowłosa zwróciła na niego swoje zielone, migdałowe oczy.
- Względnie, dzięki. - odparła.
- Świetnie wyglądasz.
- Wiem, szkoda, że tego samego nie można powiedzieć o Tobie.
- O Pani, ranisz me serce! - wykrzyknął teatralnie James i upadł na podłogę zamykając oczy. Cały przedział znów wypełnił się śmiechem. Nawet przez parę sekund słyszał dźwięczny głos rudowłosej, który umilknął po chwili. Rogacz ostrożnie otworzył jedno oko i zobaczył, jak Evans zaciska usta w cienką linię.
- Gratuluję zdolności aktorskich, ale wstawaj, Potter. No już!
- Ja bym tego nie ignorował, nie wiesz, co przeżył podczas śniadania. - powiedział poważnym tonem Syriusz.
- Nic gorszego, niż przebywanie z Tobą nie mogło go spotkać. - Emily uśmiechnęła się jadowicie i szturchnęła Jamesa obcasem. Łapa zrobił urażoną minę, dawno nikt nie działał mu tak na nerwy, laska wyrobiła się przez wakacje i myśli, że może bezkarnie obrażać Syriusza Blacka. - No, to Potter leży, jak zdechły!
- To niech sobie leży, jak przeziębi sobie nerki, to jego sprawa. - odparła Evans machając ręką.
- Martwisz się o mnie? - spytał, siadając. Wsparł się na jej odsłoniętych kolanach.
- Potter, weź te łapska!
- A umówisz się ze mną? - powiedział to bardziej dla tradycji, chcąc rozładować atmosferę, która była napięta od momentu ich przyjścia. Zapomniał jednak, że nie jest to najlepszy sposób na zrelaksowanie rudowłosej.
***
Jak co roku, pierwszy września w Hogwarcie rozpoczęło przydzielanie pierwszorocznych do ich domów. Jasmine zwróciła uwagę na jedną dziewczynkę, która została przyjęta do Gryffindoru. Miała jedenaście lat, ale była przepiękna. Jej blond włosy falowały przy każdym kroku, miała wielkie, błękitne oczy i zalotny uśmiech. Bell skądś kojarzyła wszystkie te cechy, nie mogła sobie jednak przypomnieć, skąd. Czuła, że miała to słowo na końcu języka, gdy nagle Peter wyrzucił je z siebie, wlepiając wzrok w uczennicę.
- Wiła!
- Glizdek, bo zaraz zaczniesz się ślinić na widok dziecka. - skarcił go Remus.
- No co, przecież się w niej nie zakochałem... - powiedział Pettigrew, czerwony jak burak. - Po prostu pierwszy raz widzę na własne oczy takie zjawisko.
- Nie pamiętasz już Madeleine? - mrugnął do niego Syriusz. - Taka laska, z którą byłem na wakacjach dwa lata temu? Przyjechała z matką do mojej wykolejonej rodzinki. Do dziś nie zapomnę, jak całowałeś jej buta na Pokątnej, śpiewając "amore mio"!
- Hej, to już było poniżej pasa, musisz go poniżać nawet przy nas? - spytała oburzonym tonem Emily, wlepiając w Blacka oskarżycielskie spojrzenie.
- Cicho! - zarządziła Lily, wskazując dyskretnie palcem na Tiarę, która wyraźnie przygotowywała się do odśpiewania corocznej pieśni.
Witam Was w Hogwarcie - Szkole Magii,
gdzie każdy miejsce swe odnajdzie.
Ten rok będzie wyjątkowy,
Zatem przygram Wam przy tym na gajdzie!
Miło byłoby zapewnić,
że wszystko zwierza ku dobremu,
lecz tak bezczelnie łgać,
to zupełnie nie po mojemu.
Uważać musicie na siebie wzajemnie,
nie tylko w ocenach pilnować.
Lepiej czasem kierować się rozwagą,
niż później czegoś żałować.
Mury szkoły są bezpiecznie,
Dyrektor jest ich obrońcą,
gdzie każdy miejsce swe odnajdzie.
Ten rok będzie wyjątkowy,
Zatem przygram Wam przy tym na gajdzie!
Miło byłoby zapewnić,
że wszystko zwierza ku dobremu,
lecz tak bezczelnie łgać,
to zupełnie nie po mojemu.
Uważać musicie na siebie wzajemnie,
nie tylko w ocenach pilnować.
Lepiej czasem kierować się rozwagą,
niż później czegoś żałować.
Mury szkoły są bezpiecznie,
Dyrektor jest ich obrońcą,
jednak wiele wyborów stoi przed Wami otworem,
nie kierujcie się w nich ferworem.
Teraz się bawcie i biesiadujcie,
niech trwa zabawa przednia!
Serca prawdziwym przyjaciołom podarujcie,
zapalcie już światło za dnia.
Wielka Sala wypełniła się pomrukami zaniepokojonych uczniów. Tiara zwykle miała dość ekscentryczne i bezsensowne przyśpiewki, jednak ta mimo swej wesołej melodii brzmiała nader mrocznie i ponuro. Przy stole Slytherinu rozległy się gromkie brawa, a wielu uczniów przybrało na twarz wredne uśmieszki. Wszyscy doskonale wiedzieli, co się pod nimi kryje. Nie od dziś wiadomo, jakie zainteresowania posiada większość wychowanków Domu Węża. Nie było dla nikogo zaskoczeniem, że w dobie narastającego niebezpieczeństwa i zagrożenia wojną opowiadają się po stronie Lorda Voldemorta.
Albus Dumbledore wstał od stołu nauczycielskiego i skierował się ku mównicy.
- Moi Mili! Chciałbym serdecznie powitać pierwszorocznych! Wszystkim gratuluję przydzielenia do odpowiedniego domu! Nadmienię, że wstęp do Zakazanego Lasu nadal jest surowo zabroniony. Teraz jednak niesubordynacja nie będzie karana szlabanem czy zawieszeniem w prawach ucznia. Wyciągane konsekwencje będą o wiele większe. - po Wielkiej Sali przeszły pomruki niezadowolenia. Dyrektor zawiesił wzrok na Huncwotach, którzy wpatrywali się w niego znudzeni. - Zabrania się również wchodzenia na północny korytarz znajdujący się na szóstym piętrze. Jeśli życie Wam miłe, omijajcie go szerokim łukiem. Teraz przejdźmy do innych spraw organizacyjnych. W tym roku Obrony Przed Czarną Magią będzie Was uczyć Baltazar Dimitrov. - Dumbledore wskazał palcem na wysokiego, przystojnego bruneta, który mógł mieć najwyżej 25 lat. Damska część szkoły miała niebywały obiekt do westchnień. - Zmienił się również nauczyciel mugoloznastwa. Przykro nam oznajmić, że 10 lipca Profesor Van Carrot zaginęła, nie zostawiając nam najmniejszej informacji o rezygnacji ze stanowiska pracy w Hogwarcie. Powiadomiliśmy oczywiście aurorów, są przekonani, że Wasza nauczycielka żyje i ma się całkiem dobrze... - dyrektor odchrząknął znacząco. - Ale do rzeczy. Od tego roku pieczę nad mugoloznastwem przejmuje Kwiryniusz Quirrell. Przywitajcie nowych nauczycieli gromkimi brawami.
Syriusz ożywił się znacznie.
- Co to za wypłosz? - spytał, nachylając się w stronię Jamesa.
- Nie wiem, ale nie podoba mi się...
- To co, kiedy rozpoczynamy kocenie? - Łapa uśmiechnął się po huncwocku do przyjaciela.
- Poczekajmy parę dni... Niech to będzie cisza przed burzą.
***
Dwóch Gryfonów czaiło się za zbroją, czekając na uczniów wracających z kolacji. Nie chcieli zwlekać z dowcipami. Uznali, że najbardziej właściwą porą na mały psikus będzie wieczór, tuż przed wypoczynkiem we własnych dormitoriach. James i Syriusz za pomocą zaklęć umieścili worki z wiążącym klejem, które samoistnie pękną, gdy tylko ktokolwiek przejdzie przez ten korytarz. Na twarzach huncwotów pojawiły się iście demoniczne uśmiechy. Spojrzeli na siebie porozumiewawczo, słysząc przytłumione głosy.
- Nadchodzą... - szepnął Łapa, a Rogacz potarł pięści, śmiejąc się w duchu. Z sekundy na sekundę ich miny robiły się coraz bardziej poważne.
- To Lily! - przerażony James chciał puścić się pędem, by ochronić ukochaną przed tak okrutnym kawałem.
- Stój, ani się waż! - syknął Syriusz mrużąc niebezpiecznie oczy. - Evans i tak się na Ciebie wścieka i tak. Zaraz wejdą w strefę zero. - na korytarzu zgasły wszystkie pochodnie.
- Nie pozwolę, by się skleiła! - krzyknął Rogacz i prędko pobiegł w stronę nadchodzących dziewczyn. Łapa ruszył za nim zrezygnowany, klnąc pod nosem. - Lily, nie!!! Stój!!!
Korytarz wypełnił przeraźliwy pisk trójki Gryfonek i przekleństwa dwóch przyjaciół.
- Co się do cholery dzieje?! Kto tu jest?! - krzyknęła Emily, próbując wymacać w ciemnościach osobnika, na którego natrafiła. Wyczuła męską klatkę piersiową, dodatkowo ktoś wpadł na jej plecy, pchając ją w stronę chłopaka.
- I co narobiłaś, skleiłaś się ze mną! - krzyknął zdenerwowany Syriusz.
- Black, to Ty?! Kretynie! Ja Was kiedyś w końcu zamorduję!
Równolegle James przykleił się do Lilyanne, co wprowadziło ją w stan niebywałej agresji.
- Ślicznie pachniesz...
- Świetnie zacząłeś rok szkolny! Świetnie! Masz się ode mnie natychmiast odkleić, słyszysz?! Boże, co będzie, jak nas tu ktoś zobaczy!
- Nikt Cię nie zobaczy, bo jest ciemno, jak franca! - syknęła zirytowana Marlena, próbując odkleić się od pleców Addams. - Cholera, Twoje włosy wchodzą mi w oczy!
- Trzeba było na mnie nie wpadać! Przez Ciebie kleję się do Blacka!
- Od kiedy Ci to przeszkadza? - spytał ironicznie, nasłuchując kroków. - Ktoś tu idzie.
- Mam przesrane... - wyszeptał James. - Lily, nie chciałem, żeby padło na Ciebie.
- Nie chciałeś, żeby padło NA MNIE?! A na kogoś innego to już mogło?! Kiedy Ty w końcu dorośniesz! Przez Was tkwimy tu wszystkie trzy sklejone jakimś świństwem!
- Módl się Lily, żeby to się dało odkleić... - szepnęła Marlena.
- Jak nie, to przegryzę temu debilowi tętnicę szyjną, przysięgam na Merlina. - Addams dyszała ciężko, próbując odczepić się od chłopaka.
- Czemu nie palą się pochodnie? Czyje to głosy? - uczniowie usłyszeli wychowawczynię, która zmierzała w ich kierunku.
- Nie! - krzyknęli chóralnie.
- Filiusie, zrób coś z tym. - powiedziała. Po chwili słychać było głuchy łoskot i zrezygnowane pomruki.
- Mówiłem Pani, żeby Pani nie szła... - powiedział James, kręcąc głową.
Korytarz na nowo wypełniło światło. Rogacz stał przyklejony od tyłu do Lily. Lily sklejona była ręką z szatą McGonagall. McGonagall wpadła na plecy Marleny, którą klej związał już z Emily i Syriuszem. Minerva wyglądała, jakby dostała zawału. Jej twarz przybrała odcień purpury, oczy wychodziły jej z orbit i oddychała ciężko. W takiej pozycji nieszczęsną szóstkę zastali uczniowie wracający z kolacji, którzy stanęli, jak wryci obserwując niecodzienną scenę. Po chwili ryknęli śmiechem, a Flitwick rzucał zaklęcia, próbując wszystkich rozdzielić.
- Minervo, przykro mi, musicie wszyscy jakoś przemieścić się do Horacego. Zaklęciami nic nie zdziałam, skleiło Was wyjątkowe paskudztwo. - powiedział. McGonagall wstrzymała oddech.
- Black... Potter... Evans... McKinnon... Addams... Szlaban. TYDZIEŃ. Codziennie w moim gabinecie o godzinie 18, bez odwołania.
- Ale Pani Profesor, jutro jest sobota! - wyjąkał James.
- DWA tygodnie, Potter.
- Zamknij się... - syknęła Emily, blednąc nagle.
- Nic nie da się zrobić? Przecież to było niechcący, to nie ich wina, to ja...
- MIESIĄC!!! - przeraźliwy wrzask opiekunki Gryffindoru rozszedł się po korytarzu, odbijając się echem.
- Właśnie wydałeś na siebie wyrok śmierci... - szepnęła jadowicie Evans.
nie kierujcie się w nich ferworem.
Teraz się bawcie i biesiadujcie,
niech trwa zabawa przednia!
Serca prawdziwym przyjaciołom podarujcie,
zapalcie już światło za dnia.
Wielka Sala wypełniła się pomrukami zaniepokojonych uczniów. Tiara zwykle miała dość ekscentryczne i bezsensowne przyśpiewki, jednak ta mimo swej wesołej melodii brzmiała nader mrocznie i ponuro. Przy stole Slytherinu rozległy się gromkie brawa, a wielu uczniów przybrało na twarz wredne uśmieszki. Wszyscy doskonale wiedzieli, co się pod nimi kryje. Nie od dziś wiadomo, jakie zainteresowania posiada większość wychowanków Domu Węża. Nie było dla nikogo zaskoczeniem, że w dobie narastającego niebezpieczeństwa i zagrożenia wojną opowiadają się po stronie Lorda Voldemorta.
Albus Dumbledore wstał od stołu nauczycielskiego i skierował się ku mównicy.
- Moi Mili! Chciałbym serdecznie powitać pierwszorocznych! Wszystkim gratuluję przydzielenia do odpowiedniego domu! Nadmienię, że wstęp do Zakazanego Lasu nadal jest surowo zabroniony. Teraz jednak niesubordynacja nie będzie karana szlabanem czy zawieszeniem w prawach ucznia. Wyciągane konsekwencje będą o wiele większe. - po Wielkiej Sali przeszły pomruki niezadowolenia. Dyrektor zawiesił wzrok na Huncwotach, którzy wpatrywali się w niego znudzeni. - Zabrania się również wchodzenia na północny korytarz znajdujący się na szóstym piętrze. Jeśli życie Wam miłe, omijajcie go szerokim łukiem. Teraz przejdźmy do innych spraw organizacyjnych. W tym roku Obrony Przed Czarną Magią będzie Was uczyć Baltazar Dimitrov. - Dumbledore wskazał palcem na wysokiego, przystojnego bruneta, który mógł mieć najwyżej 25 lat. Damska część szkoły miała niebywały obiekt do westchnień. - Zmienił się również nauczyciel mugoloznastwa. Przykro nam oznajmić, że 10 lipca Profesor Van Carrot zaginęła, nie zostawiając nam najmniejszej informacji o rezygnacji ze stanowiska pracy w Hogwarcie. Powiadomiliśmy oczywiście aurorów, są przekonani, że Wasza nauczycielka żyje i ma się całkiem dobrze... - dyrektor odchrząknął znacząco. - Ale do rzeczy. Od tego roku pieczę nad mugoloznastwem przejmuje Kwiryniusz Quirrell. Przywitajcie nowych nauczycieli gromkimi brawami.
Syriusz ożywił się znacznie.
- Co to za wypłosz? - spytał, nachylając się w stronię Jamesa.
- Nie wiem, ale nie podoba mi się...
- To co, kiedy rozpoczynamy kocenie? - Łapa uśmiechnął się po huncwocku do przyjaciela.
- Poczekajmy parę dni... Niech to będzie cisza przed burzą.
***
Dwóch Gryfonów czaiło się za zbroją, czekając na uczniów wracających z kolacji. Nie chcieli zwlekać z dowcipami. Uznali, że najbardziej właściwą porą na mały psikus będzie wieczór, tuż przed wypoczynkiem we własnych dormitoriach. James i Syriusz za pomocą zaklęć umieścili worki z wiążącym klejem, które samoistnie pękną, gdy tylko ktokolwiek przejdzie przez ten korytarz. Na twarzach huncwotów pojawiły się iście demoniczne uśmiechy. Spojrzeli na siebie porozumiewawczo, słysząc przytłumione głosy.
- Nadchodzą... - szepnął Łapa, a Rogacz potarł pięści, śmiejąc się w duchu. Z sekundy na sekundę ich miny robiły się coraz bardziej poważne.
- To Lily! - przerażony James chciał puścić się pędem, by ochronić ukochaną przed tak okrutnym kawałem.
- Stój, ani się waż! - syknął Syriusz mrużąc niebezpiecznie oczy. - Evans i tak się na Ciebie wścieka i tak. Zaraz wejdą w strefę zero. - na korytarzu zgasły wszystkie pochodnie.
- Nie pozwolę, by się skleiła! - krzyknął Rogacz i prędko pobiegł w stronę nadchodzących dziewczyn. Łapa ruszył za nim zrezygnowany, klnąc pod nosem. - Lily, nie!!! Stój!!!
Korytarz wypełnił przeraźliwy pisk trójki Gryfonek i przekleństwa dwóch przyjaciół.
- Co się do cholery dzieje?! Kto tu jest?! - krzyknęła Emily, próbując wymacać w ciemnościach osobnika, na którego natrafiła. Wyczuła męską klatkę piersiową, dodatkowo ktoś wpadł na jej plecy, pchając ją w stronę chłopaka.
- I co narobiłaś, skleiłaś się ze mną! - krzyknął zdenerwowany Syriusz.
- Black, to Ty?! Kretynie! Ja Was kiedyś w końcu zamorduję!
Równolegle James przykleił się do Lilyanne, co wprowadziło ją w stan niebywałej agresji.
- Ślicznie pachniesz...
- Świetnie zacząłeś rok szkolny! Świetnie! Masz się ode mnie natychmiast odkleić, słyszysz?! Boże, co będzie, jak nas tu ktoś zobaczy!
- Nikt Cię nie zobaczy, bo jest ciemno, jak franca! - syknęła zirytowana Marlena, próbując odkleić się od pleców Addams. - Cholera, Twoje włosy wchodzą mi w oczy!
- Trzeba było na mnie nie wpadać! Przez Ciebie kleję się do Blacka!
- Od kiedy Ci to przeszkadza? - spytał ironicznie, nasłuchując kroków. - Ktoś tu idzie.
- Mam przesrane... - wyszeptał James. - Lily, nie chciałem, żeby padło na Ciebie.
- Nie chciałeś, żeby padło NA MNIE?! A na kogoś innego to już mogło?! Kiedy Ty w końcu dorośniesz! Przez Was tkwimy tu wszystkie trzy sklejone jakimś świństwem!
- Módl się Lily, żeby to się dało odkleić... - szepnęła Marlena.
- Jak nie, to przegryzę temu debilowi tętnicę szyjną, przysięgam na Merlina. - Addams dyszała ciężko, próbując odczepić się od chłopaka.
- Czemu nie palą się pochodnie? Czyje to głosy? - uczniowie usłyszeli wychowawczynię, która zmierzała w ich kierunku.
- Nie! - krzyknęli chóralnie.
- Filiusie, zrób coś z tym. - powiedziała. Po chwili słychać było głuchy łoskot i zrezygnowane pomruki.
- Mówiłem Pani, żeby Pani nie szła... - powiedział James, kręcąc głową.
Korytarz na nowo wypełniło światło. Rogacz stał przyklejony od tyłu do Lily. Lily sklejona była ręką z szatą McGonagall. McGonagall wpadła na plecy Marleny, którą klej związał już z Emily i Syriuszem. Minerva wyglądała, jakby dostała zawału. Jej twarz przybrała odcień purpury, oczy wychodziły jej z orbit i oddychała ciężko. W takiej pozycji nieszczęsną szóstkę zastali uczniowie wracający z kolacji, którzy stanęli, jak wryci obserwując niecodzienną scenę. Po chwili ryknęli śmiechem, a Flitwick rzucał zaklęcia, próbując wszystkich rozdzielić.
- Minervo, przykro mi, musicie wszyscy jakoś przemieścić się do Horacego. Zaklęciami nic nie zdziałam, skleiło Was wyjątkowe paskudztwo. - powiedział. McGonagall wstrzymała oddech.
- Black... Potter... Evans... McKinnon... Addams... Szlaban. TYDZIEŃ. Codziennie w moim gabinecie o godzinie 18, bez odwołania.
- Ale Pani Profesor, jutro jest sobota! - wyjąkał James.
- DWA tygodnie, Potter.
- Zamknij się... - syknęła Emily, blednąc nagle.
- Nic nie da się zrobić? Przecież to było niechcący, to nie ich wina, to ja...
- MIESIĄC!!! - przeraźliwy wrzask opiekunki Gryffindoru rozszedł się po korytarzu, odbijając się echem.
- Właśnie wydałeś na siebie wyrok śmierci... - szepnęła jadowicie Evans.
Świetne! Wyłapałam tylko dwa maluteńkie błędziki: zimnym (bez przecinka) zsiadłym mlekiem i powtórzenie słowa "była" w jednym zdaniu. Poza tym wszystko wspaniale. Czekam na następne rozdziały :)
OdpowiedzUsuńCześć! Doszłam do Twojego bloga przez grupę na fb (dzięki Ci, grupo!) i muszę Ci powiedzieć, że bardzo mi się podoba :-) Mam nadzieję, że dalsze rozdziały będą równie ciekawe. Rozdział super, widać, że masz talent <3 No, i mam nadzieję, że będzie więcej Syriusza :P Muszę Cię też pochwalić (hehe) za brak Dorcas i Ann - nienawidzę tych szablonowych schematów w blogach o Huncwotach i Lily :/
OdpowiedzUsuńZapraszam Cię również na mojego bloga - http://roseskylarriddle.blogspot.com/ może Ci się spodoba ;-)
Pozdrawiam
~AnesBlack
Witam serdecznie!
OdpowiedzUsuńZapowiada się ciekawie i z pewnością będę dalej śledziła tego bloga. Uwielbiam opowiadania o Huncwotach i mogłabym czytać je bez końca, ale niestety czas mi na to nie pozwala. W każdym razie ten pierwszy rozdział mi się spodobał. Czytałam wcześniej chyba dwa Twoje blogi, na których jednak przestały pojawiać się nowe rozdziały, więc mam nadzieję, że tutaj zostaniesz na dłużej :)
Ogólnie to na razie nie mogę za wiele powiedzieć o charakterach Twoich postaci, ale zaciekawiła mnie Emily i Jasmine. Na pewno w przyszłych rozdziałach dowiem się o nich więcej. Podoba mi się też sposób, w jaki przedstawiasz Lily, Jamesa i Syriusza. Chociaż to może dlatego, że ich uwielbiam :D
No nic. Ten dowcip z klejem też przypadł mi do gustu. Był taki w stylu Huncwotów i jeszcze poskutkował miesięcznym szlabanem. Myślę, że dziewczyny łatwo im tego nie wybaczą.
Czekam na następny rozdział i pozdrawiam gorąco. Życzę morza weny.
Całusy,
Optimist
Trafiłam na Twojego bloga całkiem przypadkiem, dzięki grupie na fejsie i niezmiernie mnie to cieszy i raduje! Nie spodziewałam się, że znajdę tam kogoś z takim talentem! Umiesz pisać, naprawdę, trzeba Ci to przyznać.
OdpowiedzUsuńBudujesz bardzo ładne zdania, które idealnie wlepiają się w całą treść opowiadania i bardzo gładko się czyta, a długość jest w sam, raz! :D
Początek od razu wprowadził mnie w spokojną atmosferę i byłam bardzo odprężona, by zaraz po tym zacząć się śmiać z bardzo dobitnej sytuacji w kuchni i dzieciakami :D Oj Ci dorośli... Na dzieci mówią, a samym im jest mało pieszczot i igraszek :D
Moment w pociągu czytało mi się zdecydowanie najlepiej, jak i końcówkę z żartem. Widać, że będzie to coś wyjątkowego, nie jakieś zwykłe opowiadanie potterowskie :D Mogłabym śmiało rzec, że piszesz podobnie do mnie :D Potrafisz rozśmieszyć zaskakująco, nie wymuszasz tego z siebie, Ty nie myślisz, tylko śmieszność sama z Ciebie wychodzi :D
Lily jest jak Hermiona, jak Boga kocham, będzie po prostu komicznie, świetnie i brakuje mi określeń xD Chcę czytać jak najszybciej dalej, więc będę uciekać do kolejnego rozdziału :D
Akcja z "żarcikiem" troszkę nieudana, po prostu genialna! :D Upłakałam się ze śmiechu, czytając tę końcówkę i ten piękny moment tygodnia i miesiąca szlabanu... No po prostu piękne xDD