czwartek, 14 kwietnia 2016

3. Nawiązanie porozumienia i tragedia pół-sieroty.

 Już dziś będziecie przez miesiąc mogli zadawać pytania Lilyanne Evans, tak przypadło w losowaniu. Przypadek? ;) Mam nadzieję, że skorzystacie z jedynej w swoim rodzaju okazji. ;) Zapraszam do przeczytania rozdziału i pozostawienia po sobie śladu. Co Wam się podobało, a co już niekoniecznie? Jakie błędy popełniam? Każdą sugestię wezmę pod uwagę. PYTANIA DO LILY EVANS
***
    Wrzesień w Wielkiej Brytanii był wyjątkowo ciepłym i pięknym miesiącem. Na błoniach Hogwartu drzewa przybrały złoty kolor, co dodatkowo podkreślało ciepłe, jesienne Słońce. Uczniowie chwytali każdą wolną chwilę, by spędzić ją na wolnym powietrzu. Wszyscy, z wyjątkiem dwójki Huncwotów i trzech dziewczyn klasy VII. Przygotowania do OWUTemów były wykańczające, do tego codzienny szlaban nie dawał szans na uciechę z wyjątkowej pogody. Sprzątanie w Izbie Pamięci bez pomocy magii zabierało wiele energii piątce uczniów, która z dnia na dzień była coraz bardziej zmęczona nauką i odbywaną karą.
     Przyszła sobota - przedostatni dzień męki. Podobno. Jak powiedziała Profesor McGonagall - skończą wcześniej, jeśli wszystko będzie wysprzątane na błysk. Lilyanne Evans załamywała ręce, obserwując stan pomieszczenia. Jego wygląd poprawił się znacznie przez ten czas, jednak daleki był od całkowitego porządku. Zastanawiała się, jak napisze wypracowanie na astronomię i numerologię. Każde na dwie stopy pergaminu i do tego na poniedziałek. Nie wiedziała kompletnie, co może napisać o klasyfikacji widmowej gwiazd a ich temperatur, czy o układaniu znaczeń liczb w odniesieniu do przyszłości w oparciu o parzystość i nieparzystość. Szorowała z precyzją puchar Wilchelma Woodberry za specjalne osiągnięcia w konkursie "Wytnij to sam - najlepsza praca za stworzenie rzeźby z czyrakobulwy". Zastanawiała się, kto wymyślił taki konkurs i co gorsza - co miała w głowie osoba, która podjęła się tego zadania. Jej uwagę rozproszył potężny hałas. Rozejrzała się po Izbie Pamięci i dostrzegła Jamesa łapiącego się za stopę.
- Na Brodę Merlina! To wyglądało, jak karton! - krzyknął oburzony, pokazując na niepozorną skrzyneczkę z papieru, która jednak wykonana była z innego materiału. - Dziękuję Ci Arnoldzie Burshky za stworzenie... - zmrużył oczy i przeczytał napis z wielkim skupieniem - "Pudełka oszukującego grawitację, z uwzględnieniem metafizyki". Me-ta... Me-ta-co? Co to metafizyka? - James rozejrzał się po znajomych, ignorując szczekliwy śmiech Syriusza.
- Boże, widzisz i nie grzmisz. - mruknęła Lily pod nosem. - To, co ponad fizyką! Jest to podstawowa z dyscyplin filozoficznych, bada najogólniejsze własności bytu! Pewnie stworzył to ktoś zajmujący się mugoloznastwem...
- Dziękuję. - odpowiedział James i wyciągnął różdżkę zza pazuchy, transportując pudełko z powrotem na swoje miejsce. Evans, McKinnon i Addams wytrzeszczyły oczy i jednocześnie przestały pracować.
- Co to jest?! - krzyknęła Marlena, wskazując na przedmiot.
- Różdżka. - powiedzieli jednocześnie Syriusz i James.
- To widzę. Jak ją tu wniosłeś? McGonagall nas sprawdza przed każdym szlabanem!
- Oj, jak Ty mało wiesz o życiu, Maleńka... - zadrwił Łapa, opierając się leniwie o zakurzony regał. Marlena zignorowała zupełnie chłopaka, wlepiając wzrok w Rogacza.
- Zamknij jadaczkę, jeśli nie masz nic mądrego do powiedzenia, Black! - syknęła jadowitym tonem Emily, czym wyraźnie uraziła chłopaka, który nie zdążył się odgryźć. - Mów dalej, Potter!
- Normalnie. Mam więcej różdżek. Co w tym dziwnego? - zapytał, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Evans prychnęła wyraźnie zniesmaczona. - To nam pomoże w tych porządkach.
- Mamy OSZUKIWAĆ? - rudowłosa rzuciła szmatkę na biurko i założyła ręce na piersi. - Czy Ty zrobiłeś tu coś własnymi rękoma chociaż?
- Tak. Przez całe dwa tygodnie pracowałem tak, jak Wy.
- A Ty? - zwróciła się do Syriusza.
- No nie mów mi, że na mnie doniesiesz... - odpowiedział, udając oskarżycielski ton. Nie wytrzymał długo i znów się roześmiał. Emily przewróciła oczami, a Marlena skierowała się w stronę drzwi. W ślad za nią podążyła Lilyanne.
- Lily, nie chcesz naprawdę skończyć wcześniej? Nie zasłużyłyście na tę karę, dobrze o tym wiesz. To jedyna opcja, jeśli to ma się skończyć dziś lub jutro. Nie rozumiesz? - James zagrodził jej drogę, był tak blisko, że wyczuwała jego zapach.
     Podniosła swój wzrok i spojrzała w jego duże, orzechowe oczy. Przygryzła lekko wargę, miał rację, ale chęć zrobienia mu na złość była silniejsza. Sama zastanawiała się, co zrobić. Wyminęła go i chciała wyjść z Izby Pamięci, lecz Rogacz złapał ją za rękę.
- Zostań, zrobimy to tak, że McGonagall się nie zorientuje i może będziesz miała całą niedzielę na spokojne napisanie referatów.
- Lily, on gada z sensem. - powiedziała Addams, stając po stronie Jamesa. Syriusz zaczął bić jej brawo, na co poczerwieniała ze złości.
- Też się z tym zgadzam. - Marlena odeszła od drzwi.
- No dobra... To jaki jest plan? - spytała Lily, odsuwając się od Rogacza. W miejscu, które dotykała jego dłoń cały czas czuła dziwne mrowienie, zrobiło jej się niedobrze.
- Bosko! - w oczach Jamesa pojawiły się wesołe ogniki. Evans już zaczęła żałować, że zgodziła się na takie oszustwo. - Najpierw musimy się ubrudzić. I to konkretnie, żeby wyglądało, jakbyśmy naprawdę się styrali...
- A może nie? - wtrącił Łapa. Potter zignorował go i kontynuował, nawet na niego nie patrząc. Całą swoją uwagę przelewał na Lily, co strasznie ją irytowało, kiedy wlepiał w nią te swoje ślepia.
- Musimy opróżnić płyny do mycia, wszystkie. I ubrudzić kurzem z niesprzątniętych półek wszystkie szmatki. No a potem użyjemy paru zaklęć i po problemie.
- To co, do roboty? - spytała Emily, odwracając uwagę Jamesa od Lily, za co ta była jej bardzo wdzięczna.
***
     McGonagall bardzo zadowolona oddawała uczniom różdżki. Co chwila podkreślała, że nie ma rzeczy niemożliwych, chcieć to móc oraz to, że magia nie jest niezbędna do wykonywania podstawowych czynności. Evans skrzywiła się lekko przy ostatnim, ale zacisnęła usta pod bacznym spojrzeniem Pottera. Ku uciesze wszystkich zostali zwolnieni ze szlabanu. Po krótkim pożegnaniu się z Minervą wszyscy ruszyli do wieży Gryffindoru.
     Syriusz obserwował Emily, która rzucała mu co chwila wściekłe spojrzenia. Nienawidziła go tak, jak Lily Jamesa. To było aż niezdrowe, bo nie miała ku temu żadnego powodu. Wręcz przeciwnie. Był zawsze miły, szarmancki, czarujący...
"Nie, to bardzo źle brzmi. Jednak może nie darzyć mnie sympatią, ale bez przesady." - pomyślał, nadal wpatrując się w dziewczynę. Była nieprzeciętnie ładna, chociaż zadufana w sobie. Była inteligentna, chociaż zgryźliwa. Każdą zaletę przysłaniała wada. A może była trochę, jak on sam? Nawet spocona, w spiętych włosach mogłaby się podobać. Rozumiał, o co chodzi Rogaczowi. "Kiedy ktoś Cię odtrąca, a nic do niego nie masz, to jest to swego rodzaju wyzwanie." - przeczesał palcami włosy i wyprostował się, będąc dumny z prostego odkrycia. Powoli zbliżali się do Pokoju Wspólnego. Na przodzie Marlena rozmawiała z Lily, James szedł za nimi, a obok Syriusza, no dobra, jakieś dwa metry "obok" szła Emily. Wpadł na genialny, w jego mniemaniu, pomysł. Podszedł do dziewczyny od tyłu, zasłaniając jej usta ręką i zaciągnął ją do ciemnego składziku Filcha.
- Co Ty wyprawiasz! - krzyknęła, kiedy ją puścił. Był za blisko, na szyi wyczuwała jego przyspieszony oddech. Dziś współczuła Lily, gdy spotkała ją podobna scena, a teraz sama znalazła się w bardzo niekomfortowej sytuacji. - Odbiło Ci totalnie?
- Chcę pogadać.
- To tutaj? Teraz? - wytrzeszczyła na niego oczy i założyła ręce. Przycisnął ją stanowczo do ściany. - No teraz to przegiąłeś, Black, odwal się, bo oberwiesz!
- Muszę przejść. - powiedział spokojnie, uśmiechając się, jakby to było to coś zwyczajnego. Przeszedł przez ciasny składzik i otworzył drzwi z drugiej strony. Za nimi była długa komnata. Duża, trochę przypominająca Wielką Salę, lecz rozmiarowo znacznie mniejsza. Twarz Emily rozświetliła się od blasku świec, a na jej twarz wstąpiło zaskoczenie.
- Uau... Nie wiedziałam, że mamy takie cudo w zamku...
- No widzisz, ja też nie, muszę to dodać do mapy koniecznie! - mruknął, by po chwili zdać sobie sprawę, co powiedział.
- Jakiej mapy? - spytała zaciekawiona dziewczyna.
- Tajnych przejść. - wymyślił na poczekaniu. - Nic wielkiego, przecież wiesz, że się tym zajmujemy.
- Koniec tej pogadanki, do rzeczy! Na cholerę mnie zatrzymałeś? Jestem brudna, spocona, zmęczona i Merlin wie, co jeszcze! - warknęła, przestępując z nogi na nogę.
- Za to jaka seksowna! - Syriusz uśmiechnął się, unosząc brew. Czarnowłosa próbowała go wyminąć, ale bez skutku. - Dobra, przepraszam. Chciałem zapytać za co mnie tak nienawidzisz?
- Black, Ty tak na serio? Jakbyś nie mógł mnie o to spytać w Pokoju Wspólnym...
- Nie zgodziłabyś się gadać ze mną przy ludziach. Identycznie, jak Evans z Rogaczem. To odpowiedz mi, skoro już tracisz na mnie swój czas.


    Brunetka wciągnęła głęboko powietrze. Nie wiedziała, od czego zacząć. Zmarszczyła lekko brwi i poprawiła włosy związane w ciasny kucyk. Szukała w głowie najprostszego wyjaśnienia. Zdenerwowała ją ta sytuacja, chociaż z drugiej strony rozumiała Syriusza. Nigdy nie dogadywali się specjalnie dobrze, ale nigdy też nie było między nimi tak gęstej atmosfery, jak teraz. Chłopak obserwował mimikę jej twarzy, widać było, że jest trochę skonsternowana i postawiona pod ścianą. Nie chciał, żeby czuła się niezręcznie. Zwykle kobiety inaczej reagują na jego bliskość.
- To nie jest takie proste.
- Ależ jest, bo nie wydarzyło się nic, czym zasłużyłbym sobie na taką oschłość i ciągłe obelgi pod moim adresem. Czasem odnoszę wrażenie, że bierzesz korki od Evans. Tylko jest mała różnica, ja Ciebie nie podrywam. - uniósł kącik ust do góry i spojrzał na nią z lekkim rozbawieniem. Widział, jak zarumieniła się ze złości i zacisnęła usta.
- A nie przyszło Ci do głowy, że może po tych sześciu latach mam dość? Zwłaszcza, jak straciłam przez Ciebie i ten durny szlaban dwa tygodnie z życia! Dobra, widzę, że wolałbyś siedzieć tu dłużej, ale wybacz, nie mam na to czasu. Ustalmy sobie jedno - wbiła mu palec wskazujący w tors - dam Ci spokój, ale nie zbliżaj się do mnie na odległość mniejszą niż dwa metry. Jak znowu coś wykombinujesz, to uprzedzam, że urządzę Ci z życia piekło. Umowa stoi?
- Wtrąciłbym coś jeszcze. - Addams przewróciła oczami.
- Co takiego znowu?
- Po prostu nie traktuj mnie, jak wroga.
- Jak zaczniesz się inaczej zachowywać, to pomyślimy. A teraz wybacz, muszę wziąć prysznic, bo zaraz zacznie się nade mną unosić zielony dym. Idziesz?
***
     Marlena McKinnon wyszła z łazienki ubrana w luźną koszulkę. Rzuciła się na łóżko, a jej długie, ciemne włosy rozpadły się po poduszce. Westchnęła cicho i obróciła się w stronę Lilyanne.
- Jak dobrze, że dzisiaj skończyłyśmy, co? - spytała tonem pełnym ulgi.
- Dobrze to by było w ogóle nie mieć tego szlabanu, ale powiem Ci, że nie spodziewałam się wolnego wieczoru. I w końcu chwila bez zmęczenia. Błogi spokój... - Lily obróciła się w stronę lustra i przeczesała palcami wilgotne, poskręcane włosy. Ostatnie dwa tygodnie pozostawiły widoczny ślad zmęczenia na jej twarzy w postaci nieestetycznych sińców pod oczami i szarawej cery. - Brakuje mi świeżego powietrza.
- To otwórz okno.
- Mar, nie o to chodzi. Brakuje mi spędzania czasu na dworze, a mamy taki piękny wrzesień...
- Och, mi też. Ale i tak można tu przewietrzyć. - Marlena wstała leniwie z łóżka i podeszła do okna. Pod jednym z dębów dostrzegła koleżankę z domitorium. - Jas spędza całe popołudnia na błoniach, nawet nie wiesz, jak jej zazdroszczę. Często widują ją z Remusem podobno. - McKinnon poruszyła znacząco brwiami.
     W tym samym momencie do pomieszczenia wleciał dorodny puchacz, rzucił kopertę na łóżko brunetki i odleciał. Mar natychmiast rozerwała papier i wyciągnęła list. Poczta o tej godzinie nigdy nie zwiastowała nic dobrego. Wodziła oczami od lewej do prawej strony. Na jej czole pojawiły się małe zmarszczki. Zacisnęła usta.
- Coś nie tak? - spytała Lilyanne, kładąc brunetce dłoń na ramieniu.
- Lily... Grupa nazywana "Śmierciożercami" urządziła sobie dziś spacer na Pokątnej... Spalili pięć sklepów i cztery stoiska. Dziesięć osób jest w szpitalu św. Munga. W tym mój tato... - rudowłosa  złapała się za usta. - Nie, nic mu nie jest. Musi zostać na obserwacji, bo oberwał nietypowym zaklęciem, ale nic mu nie zagraża. Mama prosiła, by przekazać Renee Florry, że jej tato leży w śpiączce. Merlinie... - McKinnon usiadła ciężko na łóżku.
- Ale dlaczego Ty masz to zrobić?
- Nasi rodzice się przyjaźnią i wspólnie od dwóch lat prowadzą stoisko na Pokątnej. Renee ma tylko jego. Cholera! Ona ma 11 lat... Świat jej się zawali...
- Marlena, przecież nic nie jest przesądzone. W mugolskich szpitalach czasem wprowadza się ludzi w śpiączkę, żeby mogli się zregenerować, spokojnie.
- Lily, ale to NIE JEST mugolski szpital! Teraz jesteśmy w magicznym świecie! Musi być BARDZO źle, skoro jest w takim stanie... Dobra, jeszcze nie jest późno... Pójdziesz ze mną?
- Jasne. - rudowłosa zwiesiła głowę, przez ostatni czas kompletnie zapomniała o istnieniu Voldemorta i jego szajki. Ogarnęła ją nostalgia. - Ubierzmy się.
***
     James siedział w Pokoju Wspólnym wraz z Syriuszem i Remusem. Co chwila cała trójka wybuchała niekontrolowanym śmiechem. Nikt poza pierwszoroczniakami nie zwracał na to większej uwagi. No może z wyjątkiem paru dziewcząt, które chichotały, patrząc zalotnie w ich stronę. Czuli się wyjątkowo swobodnie, jakby świat wokół nie istniał. Mieli swój język, który rozumieli między sobą. Teraz jednak Potter wpatrywał się w kobietę, która zawładnęła jego sercem. Obserwował, jak stoi z Marleną obok małej blondynki. Widział uczucie żalu, smutku i współczucia, malujących się tak jawnie na jej twarzy. Widział też, jak ta mała gryfonka - Renee, obejmuje się rękoma i zaczyna się trząść, kręcąc głową. Dostrzegł troskę w oczach Evans. Przytuliła blondynkę z matczyną wręcz opiekuńczością, pozwalając jej się wypłakać. Cała scena rozczuliła chłopaka, który był pewien, że dziewczynkę spotkała jakaś tragedia. Potwierdzeniem była biała niczym papier McKinnon, wpatrująca się z kamienną twarzą w nieistniejący punkt przed sobą. Obok niego Syriusz i Remus wybuchnęli po raz kolejny salwą śmiechu.
- Cicho! - syknął Rogacz. - Patrzcie na Evans.
- No i? - prychnął Black, lustrując rudowłosą od dołu do góry. - Evans, jak Evans. O co Ci chodzi?
- Coś się stało... - szepnął Remus. - Trzeba podejść i zapytać, czy wszystko w porządku. Może ta mała potrzebuje pomocy.
    Wszyscy, z wyjątkiem Syriusza, który się ociągał, wstali szybko z kanapy i ruszyli w kierunku dziewczyn. Spojrzenia rudej i Pottera spotkały się na ułamek sekundy. Jej oczy mówiły "nie teraz", jednak nie potrafił udawać, że nie widzi tej sceny.
- Lily, wszystko okej? Hej, Renee, co się stało? - zapytał, a rudowłosa pokręciła głową, gdy dziewczynka mocniej się w nią wtuliła.
- James, to nie jest dobra chwila.
- Widzę, że coś się stało, chcę pomóc.
- Nie pomożesz. - odezwała się Marlena, nadal patrząc nieprzytomnie przed siebie, jakby przez to mniej dotykało ją cierpienie Florry.
- Zawsze da się coś wymyślić. - powiedział Syriusz, uśmiechając się cierpko.
- On ma rację, nie ma sytuacji bez wyjścia. Są tylko trudne rozwiązania. - Remus wbił miodowe spojrzenie w brunetce. - To co się stało?
- Śmierciożercy. - szepnęła, a po jej twarzy potoczyła się gruba łza. Dopiero teraz zrozumiała, czym są. Dopiero teraz, gdy na własne oczy obserwowała cierpienie pół-sieroty, która w każdej chwili może zostać jeszcze bez ojca. Huncwoci spojrzeli po sobie, kiwając do siebie porozumiewawczo.
- Jutro wieczorem chcemy z Wami pogadać na ten temat. - powiedział James. - To naprawdę ważne. - dodał, kładąc nacisk na ostatnie słowo. Marlena odwróciła się w jego stronę z zaciekawieniem, a Lily skinęła niemal niepostrzeżenie głową. - Renee... - mała blondynka uniosła czerwone od płaczu oczy na gryfona. - Zaprowadzimy Cię teraz z Lilyanne do Profesora Dumbledora, dobrze? Jeżeli ktoś w tej szkole może Ci pomóc, to tylko on. - Evans spojrzała na chłopaka ze zdziwieniem. Obserwowała, jak oddaje Florry własny sweter, jak przytula ją do własnego torsu, jak chwyta w swoją dłoń jej małą rączkę.
- Dziękuję. - szepnęła, jakby nieobecna.
     Wyszli we trójkę przed portret Grubej Damy i powoli przemierzali korytarze, przeżywając wraz z dziewczynką jej tragedię. Lily nie potrafiła sobie wyobrazić, co teraz czuje to małe dziecko, które tak dzielnie znosi tę okropną sytuację. Gdy byli już na czwartym piętrze Renee stanęła, widząc obraz trzech grajków namalowany przez jej ojca, gdy uczęszczał jeszcze do Hogwartu. Niebieskie, jak ocean oczy znów wypełniły się po brzegi łzami, które spływały jedna za drugą po jej rumianych policzkach. James wraz z Lilyanne kucnęli przy Florry, próbując ją pocieszyć.
- Hej, Mała... - zagadnął. - Nie możesz płakać. Twój tata tego nie chce.
- Mój tata umrze! - krzyknęła Renee z całą mocą, a jej głos odbijał się echem po korytarzach. - To wszystko bez sensu!
- Nie umrze. Wybudzi się z tej śpiączki. Pochodzę z mugolskiej rodziny i skoro tam potrafią wyprowadzać ludzi z takiego stanu, to co dopiero w magicznym świecie. - zagaiła Evans, próbując pocieszyć małą gryfonkę, która uniosła na nią swój wzrok z nadzieją.
- Naprawdę?
- Naprawdę. - przytaknął Potter. - Mój tato jest tam uzdrowicielem. Jak będziemy u Profesora Dumbledora to poproszę go, by skontaktował się pilnie z moim ojcem. Pomoże Wam. Obiecuję.
     Lilyanne patrzyła z podziwem na tę scenę. Czuła się tak, jakby nie znała tego chłopaka, na którego z tak ogromną ufnością patrzy ta skrzywdzona dziewczynka. Rudowłosa uznała, że obrała zły cel na swoją przyszłość. Postanowiła, w tej właśnie chwili, że z całego serca pragnie zostać lekarzem w szpitalu św. Munga i dawać drugie życie takim ludziom, jak ojciec Florry.
- A co z tymi, którzy skrzywdzili mojego tatę? - spytała Renee.
- Obiecuję, że jak skończymy szkołę, to ich znajdę i się z nimi rozprawię. - powiedział James, przytulając do siebie dziewczynkę.
- Przysięgasz? - zachlipała w jego koszulkę.
- Przysięgam i obiecuję. To pewne bardziej, niż u  Gringotta. Już nigdy nikogo nie skrzywdzą. - jego wzrok spotkał się  z wzrokiem Evans. Nigdy nie widziała go tak poważnego. Poczuła dreszcz przechodzący wzdłuż kręgosłupa. On naprawdę nie żartował. Wiedziała to.

środa, 2 marca 2016

2. Każdy ma drugie oblicze.

Witam Was serdecznie.
Cudem wyrobiłam się w terminie. Jak zwykle, po drodze wypadło mi wiele różnych rzeczy, przez które byłam uziemiona z pisaniem.
Mam nadzieję, że rozdział przypadnie Wam do gustu, choć będzie nieco spokojniejszy. :)
Chcę również podziękować odwiedzającym i komentującym. 
Dajecie mi motywację i siłę. :)
INFO:
W zakładce "Pytania do..." pojawił się pierwszy bohater - James Potter.
Jeśli jesteście czegoś ciekawi, to Rogacz na pewno udzieli Wam satysfakcjonujących odpowiedzi. :)
Z następnym bohaterem (który jest wybierany losowo) spotkacie się 1.04. 
Mam nadzieję, że pomysł się przyjmie! :)
 

Zapraszam na rozdział. :) 



    Dormitorium dziewcząt klasy VII, jak co roku po przerwie wakacyjnej, było jedną wielką stajnią Augiasza. Na podłodze leżały do połowy rozpakowane kufry, łózka zapełnione były ubraniami, a w łazience co chwila przybywało rozmaitych kosmetyków. Zawsze panowała w nim radosna atmosfera, jednak tym razem było inaczej. Zmianę spowodował miesięczny szlaban zafundowany przez dwóch Huncwotów. Ciemnowłosa dziewczyna ciskała przekleństwami i denerwowała się, że nie wychodzą jej najprostsze zaklęcia, które z pewnością ułatwiłyby jej rozmieszczenie swoich rzeczy w szafie i półkach.
- Emily, uspokój się. Tak nic nie zrobisz. Loco vestimenta! - drobna blondynka machnęła różdżką, a po dłuższej chwili wszystkie ubrania koleżanki znalazły się na swoim miejscu. - Jakoś przetrwacie, może McGonagall jutro da sobie wytłumaczyć, co tak naprawdę zaszło? - czarnowłosa spojrzała na nią, unosząc brew.
- Jas, chyba sama w to nie wierzysz. Jestem zła! Ba, jestem wściekła! Dopiero co przyjechaliśmy do szkoły, a przed tych idiotów będę musiała co wieczór spędzać dwie upojne godziny w towarzystwie tego upiornego kociska... - Emily opadła ciężko na łóżko, a jej długie włosy rozsypały się na poduszkach. Była bajecznie piękna nawet, gdy się złościła. - Do tego przez całe wakacje pisałam z Liamem...
- Ach! - pisnęła cicho Bell. - To ten przystojniak z Hufflepuffu?
- Tak.
- Ile on ma lat?
- 19, przecież wcześniej był w Beauxbatons, mimo, że wygląda nieco starzej, mi to w zupełności nie przeszkadza. - rozmarzyła się Addams i usiadła na łóżku. - Jest cudowny, aż mi gorąco na samą myśl. Wiesz, umawialiśmy się na tę sobotę, na 17-tą... Ale oczywiście ci kretyni musieli zniweczyć moje plany!
- Uspokój się, zawsze możecie spotkać się wcześniej, najwyżej odprowadzi Cię na szlaban.
- A wiesz, że to niezła myśl? Już wyobrażam sobie te spojrzenia...
- Zawsze miałaś najprzystojniejszych kolegów... Nikt nie będzie zdziwiony. - mruknęła Bell z ponurą miną.
- O czym mówicie? - spytała Lil, wychodząc z łazienki.
- O tym, że Twój chłopak wszystkim psuje plany. - powiedziała Emily i wytknęła język. Rudowłosa zmarszczyła brwi.
- Jaki chłopak?
- POTTER! - krzyknęły dwie gryfonki. Po chwili Evans chwyciła w dłonie poduszki i zdecydowanie cisnęła nimi w koleżanki. Addams z łoskotem spadła na podłogę.
- Po dzisiejszym dniu tyłek mi odpadnie od tych upadków, nie daruję Ci, Lilyanne! WOJNA!
    Po chwili dormitorium dziewcząt klasy VII wypełniło się piskami i śmiechem, a pod sufitem fruwało pierze. Atmosfera po nabytym szlabanie bardzo się rozluźniła i żadna z nich nie pamiętała już tego, że od jutra przez cały, okrągły miesiąc czeka je mordęga. Najcięższy rok szkolny, dodać spotkania z McGonagall - z tego nie mogło wyjść nic dobrego.
***
    James Potter siedział przy biurku i po raz kolejny zgniótł pergamin wyrzucając go w najdalszy kąt pokoju. Próbował napisać cokolwiek do Lily, bo wiedział, że na nic  się zdadzą jego przeprosiny twarzą w twarz. Nie w takim momencie. Była na niego zbyt wściekła. I słusznie. Niepotrzebnie wciągnął ją i jej koleżanki w miesięczny szlaban u Minervy. Nie za dobrze rozpoczął ostatni rok szkolny, a postanowił sobie, że tym razem będzie inaczej.
- Nie zadręczaj się, naważyłeś piwa, to musisz je teraz wypić... - powiedział roztropnie Remus, przyglądając się wewnętrznej walce przyjaciela z rozbawieniem.
- Łatwo Ci mówić, to nie Tobie zagroziła śmiercią. - James skrzywił się, kiedy na pergamin zleciała kolejna kropla atramentu, tworząc na nim okropnie wyglądającego kleksa.
- Masz rację, bo mnie tam nie było. Jeżeli tak Cię to gryzie, to ją jutro przeproś, ale nie wysyłaj jej teraz żadnych liścików, bo to ją tylko dodatkowo rozzłości.
- Panowie! - do dormitorium wpadł rozemocjonowany Black. - Mary mówiła, że pod portretem Grubej Damy siedzi Smarkerus i nie odejdzie, póki Lily z nim nie porozmawia! Robimy coś?
James zerwał się na równe nogi, rozlewając tym samym atrament na biurko. Zaklął pod nosem.
- Potem to posprzątam... - machnął ręką. - Jak to co robimy, idziemy, nie? - spojrzał na Lupina i kiwnął na niego palcem, ruszając w dół schodów. - Gdzie Glizdek?
- W Pokoju Wspólnym, gra z pierwszorocznymi w szachy na słodycze. - zaśmiał się Black.
- Cały Peter... - mruknął Remus. - Jasmine go zabije, jak to zobaczy...
Usłyszeli podniesione kobiece głosy. Rogacz zobaczył Lily ubraną w zwiewną piżamę, próbującą zakryć swoje atuty szlafrokiem. Zrobiło mu się gorąco na ten widok, a Syriusz położył mu rękę na ramieniu.
- Stary, teraz rozumiem Twoje starania.
- Nigdy więcej tak nie mów! - obruszył się James, obserwując dziewczynę.
- Idziemy za nią? Dowalimy Smarkowi!
- Czekajcie! - powstrzymał ich Potter. Spojrzeli na niego, jakby co najmniej przyznał, że jest sklątką tylnowybuchową. - Snape nic jej nie zrobi, teraz będę miał okazję do przeprosin, rozumiecie? Pocieszę ją.
- James, jeśli naprawdę chcesz mieć szansę u Lily, to musisz w końcu dorosnąć. Twoje metody są na poziomie przedszkola. - powiedział stanowczo Remus.
- Na poziomie czego? - Rogacz wytrzeszczył oczy na przyjaciela.
- Och, nieważne. Chodziło mi o to, że takim dziecinnym zachowaniem jej nie zdobędziesz. To nie jest zwierzątko, które można przekupić.
- To co on niby ma robić, jak ona nie chce mieć z nim nic wspólnego? - spytał Syriusz. - I co Ty w ogóle możesz wiedzieć o sprawach damsko-męskich? To prędzej ja mogę być dla niego autorytetem w tej kwestii.
- Jasne, wiem, że nie jestem żadnym autorytetem, ale znam Lily najlepiej z Was wszystkich. Póki co, Twoje metody zawodziły, Łapo. Moim zdaniem James powinien na trochę odpuścić.
- To znaczy... Nie rozmawiać z nią, nie zapraszać na randki i tak dalej? To swego rodzaju tradycja! - przeraził się Potter.
- Nie podchodzić, nie rozmawiać, nie patrzeć, nic nie proponować, nie robić jej kawałów. Po prostu przemyśl sobie, czy chcesz dalej dręczyć tę biedną dziewczynę, czy naprawdę chcesz zrobić coś poważnego w jej kierunku, bo jeśli tak, to czas dorosnąć. - Lupin sam był zaskoczony swoimi słowami. Pozostałych Huncwotów aż zatkało. - A teraz wybaczcie, nie będę tu ślęczeć pół wieczora, nie chcę patrzeć na to, jak po raz kolejny jej dołożysz.
    James ściągnął brwi. Syriusz narzekał do niego na Remusa, próbując go pocieszyć, ale znowu, po raz drugi dzisiejszego dnia nic do niego nie docierało. Stał na wprost przejścia na korytarz i wpatrywał się w nie z poważną miną. Nikt jeszcze mu tak tego nie uzmysłowił. Na pewno będzie nadal walczył, ale fakt, może czas przybrać inną metodę? Tego jeszcze nie próbował. Drzwi uchyliły się i przeszła przez nie rudowłosa dziewczyna z ogromnymi wypiekami na twarzy. Nie starała się nawet zakryć szlafrokiem swojej krótkiej piżamy. Spojrzała gniewnie na Jamesa, który stał na przeciw niej.
- Odsuń się! - krzyknęła i odepchnęła go dłonią. Rogacz złapał ją za rękę, zwracając na siebie uwagę paru osób znajdujących się w Pokoju Wspólnym.
- Zrobił Ci coś? - spytał, patrząc jej uważnie w oczy. Dziewczyna stanowczo wyrwała się w jego uścisku i wbiła w niego oskarżycielski wzrok.
- Nie, a już na pewno nie jest to Twoja sprawa. Póki co, to przez Ciebie mam same problemy! I taki zadowolony jesteś, że razem z Marleną i Emily cały miesiąc musimy spędzać w Waszym - zmierzyła jego i Syriusza lodowatym spojrzeniem. - towarzystwie?! Zrobiłeś ze mnie pośmiewisko na cały Hogwart, nie po raz pierwszy zresztą, a teraz, kiedy będziemy musieli zapieprzać na OWUTemy, to dowaliłeś nam w prezencie codziennie dwie godziny z McGonagall! SZCZĘŚLIWY?! - ryknęła. - Idź puszyć się gdzie indziej, byle jak najdalej od mojej osoby, bo ściągasz tylko nieszczęścia. Jeżeli jeszcze raz...
- Masz rację, jestem człowiekiem, który rozwala Ci spokój. Przepraszam. - przerwał przybierający na sile monolog, odwracając się na pięcie. Spokojnie odchodził w stronę schodów do męskiego dormitorium wprawiając w osłupienie Lily i Syriusza, który przyglądał się kolejnej scenie Evans z rozbawieniem.
- Ja z Tobą nie skończyłam! - krzyknęła oddychając ciężko, ale odpowiedziało jej jedynie głośne trzaśnięcie drzwiami. - A Ty co tak się gapisz, Black?!
- Ładna piżamka. - mrugnął, śmiejąc się w głos.
- Uch! Jak ja Was wszystkich nienawidzę!!!
***
    
 
     Emily Addams przemierzała korytarze, zbliżając się do celu, którym były błonia Hogwartu. Długie, ciemne włosy pozostawiła rozpuszczone, założyła granatową sukienkę przed kolano, która nadawała głębi jej szlachetnie błękitnym oczom. Na ramiona narzuciła beżowy płaszcz, w którego kieszeń włożyła małą butelkę wody i różdżkę. Rozmyślała o swojej nudnej przeszłości. Miała paru chłopaków, ale nie były to poważne znajomości. Mimo całkiem niezłego powodzenia, nie umiała sobie znaleźć kogoś na stałe. Na końcu poprzedniego roku szkolnego pierwszy raz rozmawiała z Liamem Lewisem. Wtedy obiecała sobie, że chce mieć tego chłopaka na wyłączność. Jeden, jedyny raz, męski uśmiech rozmiękczał ją do granic, ale nie pokazywała tego. Zdawała sobie sprawę, że również wpadła mu w oko, dlatego zamierzała jak najszybciej to wykorzystać. Miała nadzieję, że w wakacje uda im się spotkać, ale całkiem niespodziewanie wyjechała wraz z rodzicami do rodziny w Nowej Zelandii. Musiała zadowalać się jedynie korespondencją. Przesyłali sobie listy i szalone zdjęcia. Z rozmyślań wyrwał ją jego widok. Dostrzegła go. Stał przy drzwiach, nerwowo poprawiając blond włosy. Miał na sobie jeansy i zwykłą koszulkę, na to założył marynarkę. Wyglądał obłędnie. Poczuła, jak mocniej bije jej serce, choć nie dała tego po sobie pokazać. Podeszła do niego, uśmiechając się szczerze.
- Hej.
- Cześć. - objął ją delikatnie, składając na jej policzku pocałunek. Jego niebieskie oczy lustrowały ją od stóp do głów. - Ślicznie wyglądasz.
- Dzięki. Jesteś wcześniej! - powiedziała entuzjastycznym tonem, zadzierając głowę do góry. - Myślałam, że to ja będę na Ciebie czekać, zawsze mam tendencję do przychodzenia 20 minut przed czasem.
- To tak jak ja. - zaśmiał się Liam.
- Zawsze byłeś taki wysoki? - spytała zalotnie, obserwując jego dołeczki w policzkach. - Czy przez te wakacje tak się wyciągnąłeś?
- Hm, zawsze nie. Od roku, mam nadzieję, że już niezmiennie, osiągam metr dziewięćdziesiąt trzy. To co, spacer po błoniach?
- Jasne, tak, jak się umawialiśmy. - Liam pchnął drzwi i zaproponował dziewczynie ramię. Po chwili poczuli lekki powiew wiatru. Niebo było pochmurne, ale na dworze mimo to było ciepło. Przed nimi rozciągał się cudny widok, ukazujący góry i jezioro między nimi. - To co przeskrobałaś, że masz szlaban?
- Skąd podejrzenie, że to ja? - obruszyła się na niby.
- Bo nie dostaje się kary za nic. - zaśmiał się Lewis, odsłaniając swoje proste, białe zęby.
- Mylisz się. Żebyś wiedział... Tym razem padłam ofiarą cholernego żartu. Wyobraź sobie, wracam z dziewczynami z kolacji, idziemy skrótem, tym, którym WSZYSCY chodzą, ale wtedy idziemy akurat my... Gasną pochodnie, słychać męskie głosy i nasz pisk. Nagle czuję, jak obrzydliwa, kleista maź pokrywa moje ciało, ktoś mnie pcha, po czym wpadam na najbardziej znienawidzoną przeze mnie osobę...
- To znaczy? - spytał zaskoczony blondyn.
- Na Blacka! I w ogóle wszyscy się sklejamy. Na to wpada na nas McGonagall, ona również się skleja, ten idiota Potter próbuje z nią negocjować, czym ją denerwuje jeszcze bardziej, więc zamiast tygodnia zafundował nam miesiąc szlabanu od dziś włącznie. - Addams załamała ręce. - No wyobrażasz to sobie?
- Szybko Ci minie, zawsze możecie się jakoś odwołać, padłyście ofiarą żartu Waszych kolegów, także Was to nie powinno dotyczyć. Spróbuj, nic nie stracisz. Przecież Cię nie zje. - mrugnął do niej.
- Zmieńmy temat, nie chcę sobie psuć humoru... Widziałeś już swój plan?
- Nie, McBerry ma go rozdać dopiero podczas kolacji, gdzieś zawieruszyła karteczki, jak co roku. A czemu?
- Mamy razem prawie połowę zajęć. Całe szczęście ze Ślizgonami tylko jedną lekcję w tygodniu. - powiedziała z uśmiechem.
- Serio? To świetnie! Jeżeli chcesz, możemy w tym roku siadać razem. O ile już nie masz pary. - spojrzał na nią, pochylając głowę w jej kierunku. Machinalnie odgarnęła włosy do tyłu, odsłaniając smukłą szyję.
- Nie mam, w moim przypadku to całkiem normalne.
- Uff, kamień z serca... - szybko jednak zreflektował się, widząc minę Addams. - Chodzi mi o to, że to świetnie się składa, bo będziemy mogli spędzić więcej czasu razem.
- Tak, tak. Po prostu myślisz sobie, że jestem zimna, nieczuła, wredna i nikt nie chce się ze mną zadawać. - zaśmiała się wdzięcznie, po czym potknęła się o wystający kamień, blondyn roześmiał się życzliwie, podtrzymując ją w talii. - Bardzo śmieszne, odkąd skończyły się wakacje prześladuje mnie jakiś pech. Ciągle upadam albo się potykam... Z niecierpliwością czekam na pierwszą wizytę w Skrzydle Szpitalnym...
   
 
      Liam przyglądał się Emily, przekrzywiając twarz. Z pozoru faktycznie mogła wydawać się wręcz wyrachowana i samolubna, jednak to tylko sprawiane pozory. Kiedy z nią rozmawiał, była jak anioł. Jej dźwięczny śmiech pozostawał mu w głowie układając jedną z piękniejszych melodii, jaką miał okazję usłyszeć. W tym momencie roztaczała wokół niego czar, który zauważył od pierwszego momentu, gdy dwa lata temu dołączył do Hogwartu. Była niebywale piękną dziewczyną i mało kto przechodził obojętnie obok jej urody. Do tego ten głęboki głos brzmiał tak cudownie, kojąco. Był jak balsam dla jego duszy. Dotarło do niego, że mimo, iż znali się tylko z wakacyjnej korespondencji, poznał ją bardzo dobrze. Na tyle dobrze, że zaintrygowała go i pragnął chłonąć jej obecność w każdej wolnej chwili. Spojrzał, jak ciemne kosmyki przysłoniły jej oczy.
- Na co tak patrzysz? - spytała, pesząc się. Liam zbliżył dłoń do jej twarzy i odgarnął włosy z czoła. Brunetka zarumieniła się lekko.
- Nie na co, a na kogo. - uśmiechnął się, znów ukazując te urocze dołeczki w policzkach. - Na Ciebie patrzę, jesteś piękna, Emily. Dzięki, że zgodziłaś się na dzisiejszy spacer.
***
    Na pierwszym piętrze, pod gabinetem profesor McGonagall, czekała czwórka Gryfonów w podłych nastrojach. Powoli dochodziła 18:00, godzina szlabanu. Jedynie Syriusz próbował nieco rozładować atmosferę, co nie bardzo mu wychodziło. Nikt nie chciał nawet na niego patrzeć, w efekcie czego wyszedł na durnia i obraził się, odwracając głowę w przeciwną stronę. Dostrzegł tam coś niebywałego. Jego koleżanka z klasy, Emily, rozmawiała z pewnym Puchonem, rumieniąc się i spuszczając wzrok. Nie widział jej takiej nigdy wcześniej, choć dosyć często można było spotkać ją w towarzystwie płci przeciwnej. Na jego ustach zagościł podstępny uśmiech. Może łatwo odwdzięczyć się za te wszystkie chamskie słówka, jeśli tylko chce. Nadarzyła się idealna okazja! Ale... Coś go w środku zatrzymało, postanowił poobserwować ich jeszcze chwilę, a kawał obmyślić na zimno. Patrzył, jak ten cały Liam wierzchem dłoni dotyka jej dłoni, jak obejmuje ją, składa na policzku pocałunek i odchodzi, mówiąc coś, co tylko ona słyszała. Widział, jak brunetka czeka, aż chłopak zniknie za rogiem, po czym obraca się wokół własnej osi, uśmiechając się promiennie.
- Widziałaś to? - spytała Marlena wybałuszając oczy.
- Niestety tak, taka to ma szczęście... - westchnęła Lily. James zdusił w sobie chęć spojrzenia na nią. Nadal uparcie wpatrywał się obojętnie w obraz przedstawiający zastawę stołową, choć kosztowało go to wiele energii.
- McGonagall się wkurzy, jak zobaczy jej strój na szlaban, zobaczysz. - syknęła McKinnon, uśmiechając się wrednie. - Szkoda takich ciuszków.
- To jej sprawa, nie wtrącajmy się. W razie co, to na niej Kocica skupi swój gniew i tyle. - powiedziała Lily, poprawiając pasek w spranych jeansach.
- Eureka! W końcu powiedziałaś coś mądrego! - krzyknął, klaskając z uciechą Syriusz. - Już myślałem, że nie doczekam tego w tej szkole.
    Ruda gniewnie obróciła się w jego stronę i zamierzała coś odpowiedzieć, gdy nagle zza rogu wyszła opiekunka Gryfonów. Rysy twarzy napięły jej się, gdy spojrzała na Łapę i Rogacza. Bez słowa otworzyła swój gabinet i wpuściła do niego uczniów. Wszyscy czekali z obawą na to, co będą zmuszeni robić przez okrągły miesiąc. Minerva przypatrywała się każdemu z osobna, milcząc. Wskazała im wolne miejsca do spoczęcia, po czym sama usiadła za biurkiem.
- Długo wczoraj myślałam nad tym, co z Wami zrobić. Szkoda mi tych biednych dziewczyn, które wplątaliście w swój kawał. - James spuścił głowę i przypatrywał się swoim butom. - Zrobię to pierwszy i ostatni raz. Potter, Black, co proponujecie? Macie jakiś pomysł na odbycie swojej kary?
    Trzy dziewczyny z niedowierzaniem popatrzyły na opiekunkę domu. Nie wiedziały, do czego ona dąży, ale były zdziwione jej postępowaniem. Syriuszowi lekko opadła szczęka, przyzwyczajony był do najbardziej wycieńczających szlabanów, na które McGonagall posyłała ich bez słowa, a teraz?
- Pani Profesor, one nie mają z tym nic wspólnego, chciałbym, by nie musiały mieć tego szlabanu. To nie ich wina, znalazły się w niewłaściwym miejscu i w niewłaściwym czasie. - powiedział James, obserwując reakcję McGonagall.
- Cóż, Potter. Wydaje mi się, że to niemożliwe. - po sali przebiegł pomruk niezadowolenia. - Może to Was wszystkich czegoś nauczy. Zaczęliście siódmy i zarazem najważniejszy rok nauki w Hogwarcie. Czeka Was ciężka praca, by osiągnąć dobre stopnie na egzaminach końcowych, wszak OWUTemy dają możliwość kontynuowania dalszej nauki i zdobycie wymarzonego zawodu. Z tego, co wiem, chcieliście być aurorami. Prawda, chłopcy? - opiekunka spojrzała na wychowanków spod okularów. - To trzeba się wziąć do roboty! Wasze dotychczasowe "osiągnięcia", których przez ostatnie sześć lat było wystarczająco dużo, zapewnią Wam wątpliwie honorowe pierwsze miejsce największych urwisów w tej szkole, zapewniam. Nie sądzicie, że czas dorosnąć? Zwłaszcza w dobie nadchodzącej wielkimi krokami wojny? Zastanówcie się, na Merlina!
    Uczniowie spojrzeli po sobie. Żadne z nich nie spodziewało się tego, że przyjdzie im wysłuchiwać kazania.
- To porozmawialiśmy sobie. Przemyślałam sobie wczoraj całą tę sytuację dokładnie. Mogę Wam zmniejszyć karę do dwóch tygodni. Wszystkim. Jest jeden warunek. Izba Pamięci ma lśnić, tam będziecie sprzątać. - Lily ukryła twarz w dłoniach. - Jeśli się przez ten czas wyrobicie, to szlaban będzie trwał krócej. Jeśli nie, będziecie sprzątać tak długo, aż nie skończycie.
- Pani Profesor, przecież tam jest sprzątania na dwa miesiące! - oczy Marleny niemal wypełniły się łzami.
- Jak się zorganizujecie, to zrobicie to w dwa tygodnie, radziłabym zacząć od teraz, macie dużo roboty. - McGonagall uśmiechnęła się pokrzepiająco i wstała z krzesła.
- A jeśli skończymy wcześniej? - spytał Black z cwanym wyrazem twarzy.
- To znajdziemy Wam inne zajęcie. Właśnie coś sobie przypomniałam, poproszę o Wasze różdżki. - opiekunka po kolei podchodziła do każdego i konfiskowała magiczne przyrządy. Zatrzymała się na chwilę przy Emily. - Tak ubrana przyszłaś na szlaban?
- Tak.
- Następnym razem radzę ubrać się praktycznie. Po dzisiejszym wieczorze to będzie do niczego. Rozumiem, że chcesz ładnie wyglądać, ale na karę wszystkich obowiązują takie same zasady. Jutro widzę Cię w adekwatnym do sytuacji stroju.
- Dobrze. Przepraszam. - szepnęła Addams i prychnęła niezauważalnie. Zdenerwowało ją to, że wychowawczyni traktowała ją, jak pustą lalę, nie po raz pierwszy, zresztą.
- Dziękujemy, Pani Profesor. - powiedziała Lily, która nieco złagodniała.
- To do pracy!

poniedziałek, 8 lutego 2016

1. Cisza przed burzą.

Witam Was serdecznie.
Rozdziały na tym blogu będą pojawiały się regularnie, co 2-3 tygodnie we wtorki lub środy. 
Pierwszy nie należy do najciekawszych, na akcję mamy jeszcze czas. :)
Zapraszam do czytania i zostawienia śladu po sobie.

PS Jeśli już tu jesteś, to chociaż doczytaj do końca. :)
PS 2 Konstruktywną krytykę z chęcią przyjmę. :)

***

     Poranne promienie słońca oświetlały przedmieścia Londynu, ukazując ich piękno. Na Blankett Alley nie było żywej duszy, a w większości domów zasłony pozostawały szczelnie zasłonięte, by nachalne światło nie obudziło mieszkańców. Pierwszy września był, jak na dość smętną aurę Anglii, wyjątkowo promienny. Na niebie nie znajdowała się ani jedna chmura. Liśćmi nie poruszał nawet lekki wiatr. Czas jakby się zatrzymał.
     Rudowłosa dziewczyna siedziała po turecku na swoim łóżku i wlepiła wzrok w zamknięty kufer. Był już spakowany od paru dni. Bardzo pragnęła w końcu wyjechać do Hogwartu i zostawić za sobą toksyczną atmosferę, która nieźle dała jej się we znaki. Petunia na każdym kroku dawała jej do zrozumienia, że jest największym dziwadłem, jakie tylko chodzi po tej ziemi. Na nic były prośby matki i groźby ojca. Pałała do Lily jawną nienawiścią i uprzykrzała jej każdą wolną chwilę. W te wakacje było jednak gorzej. Codziennie sprowadzała pod ich dach niejakiego Vernona Dursleya, spasłego wieprza z wiecznie przepoconą koszulą. Był gburowaty i nieprzyjemny. Razem z Petunią dogadywali jej przy każdej możliwej okazji. Zaczęli nawet czytać jej prywatną korespondencję. To już całkowicie wyprowadziło rudowłosą z równowagi, postanowiła jednak zostać tych kilka dni, ze względu na rodziców.
     Za parę godzin miała wyruszyć, by rozpocząć siódmy i zarazem ostatni rok nauki w Hogwarcie. Cieszyła się, że w końcu po dwóch miesiącach zobaczy swoje przyjaciółki, będzie miała własny kąt, gdzie nikt nie będzie jej uprzykrzał życia. No, może z wyjątkiem Pottera, ale z dwojga złego jego była w stanie znosić. Przynajmniej jej nie ubliżał, chociaż sama obecność była nadal wyjątkowo męcząca. Z rozmyślań wyrwało ją cichutkie pohukiwanie Teodora - dorodnego puchacza, który patrzył na nią z wyrzutem wielkimi, złotymi oczami.
- Zapomniałam o Tobie, widzisz, jaka ze mnie gapa? - powiedziała, zwlekając się z łózka. Nasypała na denko parę ziarenek, a do miseczki wlała świeżej wody. Sowa niemal od razu wzięła się za pałaszowanie karmy, a Lily lekko pogłaskała ją po szyi. - Dzisiaj wracamy do domu...
***
     W jednej z rezydencji w Dolinie Godryka od wczesnego ranka unosił się zapach naleśników z syropem klonowym. Czarnowłosa kobieta zwinnie poruszała się po kuchni, dokładając na talerz coraz to więcej porcji. Spod jej wysoko upiętego koka wysunęło się parę kosmyków, co dodało jej uroku. Śpiewała pod nosem jakąś zasłyszaną w Elektrycznej Miotle piosenkę, a jej mąż z lubością obserwował tę krzątaninę.
- Kochanie, jesteś teraz taka pociągająca. - powiedział zalotnie, robiąc parę kroków w jej kierunku.
- Charlie, przestań, zaraz tu przyjdzie James! - zaśmiała się, odganiając go chochlą brudną od ciasta naleśnikowego.
- Chwilę mu to zajmie... - szepnął jej wprost do ucha i posadził ją na blacie kuchennym. - A my możemy w tym czasie zrobić coś pożytecznego.
- Co Ty wyprawiasz? Zaraz naleśniki się przypalą... - odchyliła głowę, poddając się pocałunkom męża. - Od dziś będziemy sami, zaczekaj jeszcze trochę!
- Mama?! Tata?! Nie no, ja chyba śnię, przecież Wy jesteście sta-ro-żyt-ni, jak możecie robić takie rzeczy i to jeszcze w kuchni! - czarnowłosy chłopak w okularach stanął, jak wryty, a jego mina wyrażała najwyższe obrzydzenie. Po chwili wpadł na niego jego przyjaciel.
- Och... Chyba jesteśmy nie w porę. - Syriusz wyszczerzył się. Dorea szybko zeskoczyła z blatu, poprawiając guziki koszuli. Jej policzki w sekundę przybrały odcień purpury. Zrezygnowany Charlus podszedł do stołu i usiadł ciężko na krześle.
- Chłopaki... To...
- Nie no, chyba mi teraz nie powiesz, że to nie tak, jak myślimy. Mamy po siedemnaście lat, jesteśmy już dorośli! Na Merlina, nie mogliście już zaczekać do naszego wyjazdu? My TU - wskazał palcem na pomieszczenie - będziemy JEŚĆ... - powiedział z wyrzutem James, nie ruszając się z miejsca.
- A propos... Coś się przypala. - powiedział Black, krzywiąc się mocno. Kobieta z szybkością komety podleciała do kuchenki i zdjęła z niej dymiącą patelnię. Zaklęła siarczyście pod nosem.
- A Ty coś się tak wystroił? - spytał Charlus, zmieniając zgrabnie temat niezręcznej sytuacji i zmarnowanych naleśników.
- Jak wystroił? Normalnie wyglądam.
- To dla Lily. - Syriusz uśmiechnął się wrednie.
- Łapo, zaraz zarobisz! Jak słowo daję, jutro obudzisz się cały w pryszczach i żadna dziewczyna Cię nie zechce!
- Pożar opanowany, choć nie obyło się bez ofiar. Dobra, chłopaki, siadać i jeść! Za godzinę wylatujemy! - zarządziła Dorea, a jej policzki zdążyły nabrać już normalnego koloru.
***
     Peron 9 i 3/4 pełen był uczniów Hogwartu i ich rodzin. Na torach stała już czerwona lokomotywa, a wokół niej zaczęło się robić coraz bardziej tłoczno. Panna Evans taszczyła kufer i klatkę z Teodorem, dysząc ciężko. Niewątpliwie straciła kondycję przez te dwa miesiące. Zresztą, czego się spodziewała, skoro większość wolnego czasu przesiadywała w pokoju zajadając się paluszkami. No, może z wyjątkiem jednego tygodnia, kiedy wyjechała z irytującą kuzynką Penny na wakacje do Hiszpanii. Chociaż nawet wtedy nic nie robiła, tylko leżała plackiem na plaży, parząc letnim słońcem skórę do czerwoności. W efekcie końcowym przez ostatnie dwa dni wyjazdu nie mogła się ruszać i nie wychodziła z hotelu, smarując się zimnym, zsiadłym mlekiem. Dziś po oparzeniach została ładna, oliwkowa opalenizna, kto by pomyślał.
     Stanęła pod wielką kolumną, odstawiając kufer. Westchnęła ciężko i oparła dłonie o kolana. Wyglądała tak, jakby przebiegła maraton. Nagle podskoczyła z przerażenia.
- Lily! - drobna blondynka rzuciła się dziewczynie na szyję. - Szukałam Cię po całym peronie, prawie się spóźniłaś!
- Hej, Jas! Skąd Ty masz tyle siły! Puść mnie, i tak nie mogę złapać tchu!
- Jej, wyglądasz, jakbyś biegła...
- Bo tak się czuję. - przyznała rudowłosa. Jasmine Bell jedynie uśmiechnęła się pogodnie.
- Marlena i Emily zajęły nam już miejsca, chodź, bo odjadą bez nas. - powiedziała, ciągnąc jej kufer w stronę jednego z wagonów.
***
     Przedział Gryfonek klasy siódmej co chwila rozbrzmiewał dźwięcznym śmiechem. Trzy dziewczyny nie mogły już oddychać po kolejnej porcji opowieści Lily. Rudowłosa świetnie naśladowała chłopaka swojej siostry. W trakcie kolejnego wybuchu niekontrolowanej głupawki otworzyły się drzwi. Stanęła w nich piękna dziewczyna, o długich, ciemnych włosach. Czerwień jej ust doskonale komponowała się z letnią sukienką, ukazującą zgrabne nogi. Zmierzyła błękitnym spojrzeniem każdą z dziewczyn, po czym zajęła miejsce pod oknem.
- Nie za wesoło Wam? - spytała poważnym tonem Addams.
- To znaczy? - Marlena McKinnon uniosła głowę i wbiła wzrok w koleżankę.
- To znaczy, że w dobie obecnych wydarzeń może warto zachować odrobinę powagi.
- W dobie obecnych wydarzeń? Odrobinę powagi? - Lily prychnęła pod nosem. - To mamy smęcić cały czas i to wspomoże nas w walce z Voldemortem?
     W przedziale zapadła cisza. Jasmine zadrżała na dźwięk tego imienia i skuliła się w sobie. Wiedziała, że dziewczyny nie przepadają za Emily, choć ona sama darzyła koleżankę sympatią. Była nieco ekscentryczna i zadufana w sobie, to fakt, ale była też wrażliwa i oddana. Chyba tylko ona jedna dostrzegła, kiedy w życiu Jas zaczęło dziać się źle. Od tej pory bardzo się do siebie zbliżyły. Ciemnowłosa wstała, podchodząc do Lily.
- Doskonale wiesz, że nie o to mi chodzi, Lilyanne. - ruda zmarszczyła nos, nienawidziła, kiedy ktoś zwracał się do niej pełnym imieniem. - Odnoszę wrażenie, że jesteście wszystkie w innym świecie! Jakbyście dostały ataku głupawki, słychać Was na cały wagon!
- Dziewczyny, spokój! - krzyknęła Bell. - Ostrzegam, jestem prefektem! - uniosła z dumą rumianą twarz. - Jak już ja, Jasmine, podnoszę głos, to macie się mnie słuchać, bo jak nie... - nagle pociąg zatrząsł się, a Emily z głuchym łoskotem runęła na ziemię. Przedział wypełnił się śmiechem. Nawet Addams zaśmiała się z własnego upadku.  Do środka niespodziewanie wtoczyło się czterech chłopaków.
- Jeszcze Was tu brakowało. - syknęła ciemnowłosa, wstając zgrabnie z podłogi. Syriusz zagwizdał z uznaniem, a Peter wlepił wzrok w górną partię jej ud. - Spływaj, Black.
- A jak utonę?
- Godryku, za jakie grzechy... - Emily wzniosła oczy ku niebu i usiadła na swoim miejscu. Tuż obok niej rozsiadł się Łapa.
- Jas, chodź do przedziału dla prefektów, już czas. - powiedział Remus, wpatrując się w drobną dziewczynę.
- Gdzie ja mam głowę, gdyby nie Ty, to bym na śmierć zapomniała... - Bell wstała powoli z siedzenia i wyszła wraz z Lupinem na korytarz.
     Pierwszy raz James Potter siedział, jak wryty nie odzywając się ani słowem. Docierały do niego przepychanki słowne między Emily, a Syriuszem, mlaskanie Petera i podśpiewywanie Marleny, ale cała jego uwaga skupiła się na Lily. Rudowłosa bardzo się zmieniła przez te dwa miesiące. Jej włosy znacznie się wydłużyły i nieco pociemniały, co doskonale było widać, kiedy spływały kaskadami na ramiona. Nabrała kobiecych kształtów tu i ówdzie, nie była tęga, była szczupła, jednak parę centymetrów doszło jej w biuście i w biodrach. Zauważył, że nawet lekko pomalowała oczy. Taksował ją wzrokiem, będąc w kompletnym szoku. Zawsze na niego działała, ale teraz postanowił zrobić naprawdę wszystko, by była tylko jego. Przeczesał swoje czarne włosy, tworząc na nich jeszcze większy nieład, niż dotychczas i odchrząknął.
- Jak wakacje, Lily? - rudowłosa zwróciła na niego swoje zielone, migdałowe oczy.
- Względnie, dzięki. - odparła.
- Świetnie wyglądasz.
- Wiem, szkoda, że tego samego nie można powiedzieć o Tobie.
- O Pani, ranisz me serce! - wykrzyknął teatralnie James i upadł na podłogę zamykając oczy. Cały przedział znów wypełnił się śmiechem. Nawet przez parę sekund słyszał dźwięczny głos rudowłosej, który umilknął po chwili.  Rogacz ostrożnie otworzył jedno oko i zobaczył, jak Evans zaciska usta w cienką linię.
- Gratuluję zdolności aktorskich, ale wstawaj, Potter. No już!
- Ja bym tego nie ignorował, nie wiesz, co przeżył podczas śniadania. - powiedział poważnym tonem Syriusz.
- Nic gorszego, niż przebywanie z Tobą nie mogło go spotkać. - Emily uśmiechnęła się jadowicie i szturchnęła Jamesa obcasem. Łapa zrobił urażoną minę, dawno nikt nie działał mu tak na nerwy, laska wyrobiła się przez wakacje i myśli, że może bezkarnie obrażać Syriusza Blacka. - No, to Potter leży, jak zdechły!
- To niech sobie leży, jak przeziębi sobie nerki, to jego sprawa. - odparła Evans machając ręką.
- Martwisz się o mnie? - spytał, siadając. Wsparł się na jej odsłoniętych kolanach.
- Potter, weź te łapska!
- A umówisz się ze mną? - powiedział to bardziej dla tradycji, chcąc rozładować atmosferę, która była napięta od momentu ich przyjścia. Zapomniał jednak, że nie jest to najlepszy sposób na zrelaksowanie rudowłosej.
***
    Jak co roku, pierwszy września w Hogwarcie rozpoczęło przydzielanie pierwszorocznych do ich domów. Jasmine zwróciła uwagę na jedną dziewczynkę, która została przyjęta do Gryffindoru. Miała jedenaście lat, ale była przepiękna. Jej blond włosy falowały przy każdym kroku, miała wielkie, błękitne oczy i zalotny uśmiech. Bell skądś kojarzyła wszystkie te cechy, nie mogła sobie jednak przypomnieć, skąd. Czuła, że miała to słowo na końcu języka, gdy nagle Peter wyrzucił je z siebie, wlepiając wzrok w uczennicę.
- Wiła!
- Glizdek, bo zaraz zaczniesz się ślinić na widok dziecka. - skarcił go Remus.
- No co, przecież się w niej nie zakochałem... - powiedział Pettigrew, czerwony jak burak. - Po prostu pierwszy raz widzę na własne oczy takie zjawisko.
- Nie pamiętasz już Madeleine? - mrugnął do niego Syriusz. - Taka laska, z którą byłem na wakacjach dwa lata temu? Przyjechała z matką do mojej wykolejonej rodzinki. Do dziś nie zapomnę, jak całowałeś jej buta na Pokątnej, śpiewając "amore mio"!
- Hej, to już było poniżej pasa, musisz go poniżać nawet przy nas? - spytała oburzonym tonem Emily, wlepiając w Blacka oskarżycielskie spojrzenie.
- Cicho! - zarządziła Lily, wskazując dyskretnie palcem na Tiarę, która wyraźnie przygotowywała się do odśpiewania corocznej pieśni.
 
Witam Was w Hogwarcie - Szkole Magii,
gdzie każdy miejsce swe odnajdzie.
Ten rok będzie wyjątkowy,
Zatem przygram Wam przy tym na gajdzie!

Miło byłoby zapewnić,
że wszystko zwierza ku dobremu,
lecz tak bezczelnie łgać,
to zupełnie nie po mojemu.

Uważać musicie na siebie wzajemnie,
nie tylko w ocenach pilnować.
Lepiej czasem kierować się rozwagą,
niż później czegoś żałować.

Mury szkoły są bezpiecznie,
Dyrektor jest ich obrońcą,  
jednak wiele wyborów stoi przed Wami otworem,
nie kierujcie się w nich ferworem.

Teraz się bawcie i biesiadujcie,
niech trwa zabawa przednia!
Serca prawdziwym przyjaciołom podarujcie,
zapalcie już światło za dnia.

   
    Wielka Sala wypełniła się pomrukami zaniepokojonych uczniów. Tiara zwykle miała dość ekscentryczne i bezsensowne przyśpiewki, jednak ta mimo swej wesołej melodii brzmiała nader mrocznie i ponuro. Przy stole Slytherinu rozległy się gromkie brawa, a wielu uczniów przybrało na twarz wredne uśmieszki. Wszyscy doskonale wiedzieli, co się pod nimi kryje. Nie od dziś wiadomo, jakie zainteresowania posiada większość wychowanków Domu Węża. Nie było dla nikogo zaskoczeniem, że w dobie narastającego niebezpieczeństwa i zagrożenia wojną opowiadają się po stronie Lorda Voldemorta.
    Albus Dumbledore wstał od stołu nauczycielskiego i skierował się ku mównicy.
- Moi Mili! Chciałbym serdecznie powitać pierwszorocznych! Wszystkim gratuluję przydzielenia do odpowiedniego domu! Nadmienię, że wstęp do Zakazanego Lasu nadal jest surowo zabroniony. Teraz jednak niesubordynacja nie będzie karana szlabanem czy zawieszeniem w prawach ucznia. Wyciągane konsekwencje będą o wiele większe. - po Wielkiej Sali przeszły pomruki niezadowolenia. Dyrektor zawiesił wzrok na Huncwotach, którzy wpatrywali się w niego znudzeni. - Zabrania się również wchodzenia na północny korytarz znajdujący się na szóstym piętrze. Jeśli życie Wam miłe, omijajcie go szerokim łukiem. Teraz przejdźmy do innych spraw organizacyjnych. W tym roku Obrony Przed Czarną Magią będzie Was uczyć Baltazar Dimitrov. - Dumbledore wskazał palcem na wysokiego, przystojnego bruneta, który mógł mieć najwyżej 25 lat. Damska część szkoły miała niebywały obiekt do westchnień. - Zmienił się również nauczyciel mugoloznastwa. Przykro nam oznajmić, że 10 lipca Profesor Van Carrot zaginęła, nie zostawiając nam najmniejszej informacji o rezygnacji ze stanowiska pracy w Hogwarcie. Powiadomiliśmy oczywiście aurorów, są przekonani, że Wasza nauczycielka żyje i ma się całkiem dobrze... - dyrektor odchrząknął znacząco. - Ale do rzeczy. Od tego roku pieczę nad mugoloznastwem przejmuje Kwiryniusz Quirrell. Przywitajcie nowych nauczycieli gromkimi brawami.
     Syriusz ożywił się znacznie.
- Co to za wypłosz? - spytał, nachylając się w stronię Jamesa.
- Nie wiem, ale nie podoba mi się...
- To co, kiedy rozpoczynamy kocenie? - Łapa uśmiechnął się po huncwocku do przyjaciela.
- Poczekajmy parę dni... Niech to będzie cisza przed burzą.
***
     Dwóch Gryfonów czaiło się za zbroją, czekając na uczniów wracających z kolacji. Nie chcieli zwlekać z dowcipami. Uznali, że najbardziej właściwą porą na mały psikus będzie wieczór, tuż przed wypoczynkiem we własnych dormitoriach. James i Syriusz za pomocą zaklęć umieścili worki z wiążącym klejem, które samoistnie pękną, gdy tylko ktokolwiek przejdzie przez ten korytarz. Na twarzach huncwotów pojawiły się iście demoniczne uśmiechy. Spojrzeli na siebie porozumiewawczo, słysząc przytłumione głosy.
- Nadchodzą... - szepnął Łapa, a Rogacz potarł pięści, śmiejąc się w duchu. Z sekundy na sekundę ich miny robiły się coraz bardziej poważne.
- To Lily! - przerażony James chciał puścić się pędem, by ochronić ukochaną przed tak okrutnym kawałem.
- Stój, ani się waż! - syknął Syriusz mrużąc niebezpiecznie oczy. - Evans i tak się na Ciebie wścieka i tak. Zaraz wejdą w strefę zero. - na korytarzu zgasły wszystkie pochodnie.
- Nie pozwolę, by się skleiła! - krzyknął Rogacz i prędko pobiegł w stronę nadchodzących dziewczyn. Łapa ruszył za nim zrezygnowany, klnąc pod nosem. - Lily, nie!!! Stój!!!
     Korytarz wypełnił przeraźliwy pisk trójki Gryfonek i przekleństwa dwóch przyjaciół.
- Co się do cholery dzieje?! Kto tu jest?! - krzyknęła Emily, próbując wymacać w ciemnościach osobnika, na którego natrafiła. Wyczuła męską klatkę piersiową, dodatkowo ktoś wpadł na jej plecy, pchając ją w stronę chłopaka.
- I co narobiłaś, skleiłaś się ze mną! - krzyknął zdenerwowany Syriusz.
- Black, to Ty?! Kretynie! Ja Was kiedyś w końcu zamorduję!
Równolegle James przykleił się do Lilyanne, co wprowadziło ją w stan niebywałej agresji.
- Ślicznie pachniesz...
- Świetnie zacząłeś rok szkolny! Świetnie! Masz się ode mnie natychmiast odkleić, słyszysz?! Boże, co będzie, jak nas tu ktoś zobaczy!
- Nikt Cię nie zobaczy, bo jest ciemno, jak franca! - syknęła zirytowana Marlena, próbując odkleić się od pleców Addams. - Cholera, Twoje włosy wchodzą mi w oczy!
- Trzeba było na mnie nie wpadać! Przez Ciebie kleję się do Blacka!
- Od kiedy Ci to przeszkadza? - spytał ironicznie, nasłuchując kroków. - Ktoś tu idzie.
- Mam przesrane... - wyszeptał James. - Lily, nie chciałem, żeby padło na Ciebie.
- Nie chciałeś, żeby padło NA MNIE?! A na kogoś innego to już mogło?! Kiedy Ty w końcu dorośniesz! Przez Was tkwimy tu wszystkie trzy sklejone jakimś świństwem!
- Módl się Lily, żeby to się dało odkleić... - szepnęła Marlena.
- Jak nie, to przegryzę temu debilowi tętnicę szyjną, przysięgam na Merlina. - Addams dyszała ciężko, próbując odczepić się od chłopaka.
- Czemu nie palą się pochodnie? Czyje to głosy? - uczniowie usłyszeli wychowawczynię, która zmierzała w ich kierunku.
- Nie! - krzyknęli chóralnie.
- Filiusie, zrób coś z tym. - powiedziała. Po chwili słychać było głuchy łoskot i zrezygnowane pomruki.
- Mówiłem Pani, żeby Pani nie szła... - powiedział James, kręcąc głową.
    Korytarz na nowo wypełniło światło. Rogacz stał przyklejony od tyłu do Lily. Lily sklejona była ręką z szatą McGonagall. McGonagall wpadła na plecy Marleny, którą klej związał już z Emily i Syriuszem. Minerva wyglądała, jakby dostała zawału. Jej twarz przybrała odcień purpury, oczy wychodziły jej z orbit i oddychała ciężko. W takiej pozycji nieszczęsną szóstkę zastali uczniowie wracający z kolacji, którzy stanęli, jak wryci obserwując niecodzienną scenę. Po chwili ryknęli śmiechem, a Flitwick rzucał zaklęcia, próbując wszystkich rozdzielić.
- Minervo, przykro mi, musicie wszyscy jakoś przemieścić się do Horacego. Zaklęciami nic nie zdziałam, skleiło Was wyjątkowe paskudztwo. - powiedział. McGonagall wstrzymała oddech.
- Black... Potter... Evans... McKinnon... Addams... Szlaban. TYDZIEŃ. Codziennie w moim gabinecie o godzinie 18, bez odwołania.
- Ale Pani Profesor, jutro jest sobota! - wyjąkał James.
- DWA tygodnie, Potter.
- Zamknij się... - syknęła Emily, blednąc nagle.
- Nic nie da się zrobić? Przecież to było niechcący, to nie ich wina, to ja...
- MIESIĄC!!! - przeraźliwy wrzask opiekunki Gryffindoru rozszedł się po korytarzu, odbijając się echem.
- Właśnie wydałeś na siebie wyrok śmierci... - szepnęła jadowicie Evans. 

Obserwatorzy