Już dziś będziecie przez miesiąc mogli zadawać pytania Lilyanne Evans, tak przypadło w losowaniu. Przypadek? ;) Mam nadzieję, że skorzystacie z jedynej w swoim rodzaju okazji. ;) Zapraszam do przeczytania rozdziału i pozostawienia po sobie śladu. Co Wam się podobało, a co już niekoniecznie? Jakie błędy popełniam? Każdą sugestię wezmę pod uwagę. PYTANIA DO LILY EVANS
***
Wrzesień w Wielkiej Brytanii był wyjątkowo ciepłym i pięknym miesiącem. Na błoniach Hogwartu drzewa przybrały złoty kolor, co dodatkowo podkreślało ciepłe, jesienne Słońce. Uczniowie chwytali każdą wolną chwilę, by spędzić ją na wolnym powietrzu. Wszyscy, z wyjątkiem dwójki Huncwotów i trzech dziewczyn klasy VII. Przygotowania do OWUTemów były wykańczające, do tego codzienny szlaban nie dawał szans na uciechę z wyjątkowej pogody. Sprzątanie w Izbie Pamięci bez pomocy magii zabierało wiele energii piątce uczniów, która z dnia na dzień była coraz bardziej zmęczona nauką i odbywaną karą. Przyszła sobota - przedostatni dzień męki. Podobno. Jak powiedziała Profesor McGonagall - skończą wcześniej, jeśli wszystko będzie wysprzątane na błysk. Lilyanne Evans załamywała ręce, obserwując stan pomieszczenia. Jego wygląd poprawił się znacznie przez ten czas, jednak daleki był od całkowitego porządku. Zastanawiała się, jak napisze wypracowanie na astronomię i numerologię. Każde na dwie stopy pergaminu i do tego na poniedziałek. Nie wiedziała kompletnie, co może napisać o klasyfikacji widmowej gwiazd a ich temperatur, czy o układaniu znaczeń liczb w odniesieniu do przyszłości w oparciu o parzystość i nieparzystość. Szorowała z precyzją puchar Wilchelma Woodberry za specjalne osiągnięcia w konkursie "Wytnij to sam - najlepsza praca za stworzenie rzeźby z czyrakobulwy". Zastanawiała się, kto wymyślił taki konkurs i co gorsza - co miała w głowie osoba, która podjęła się tego zadania. Jej uwagę rozproszył potężny hałas. Rozejrzała się po Izbie Pamięci i dostrzegła Jamesa łapiącego się za stopę.
- Na Brodę Merlina! To wyglądało, jak karton! - krzyknął oburzony, pokazując na niepozorną skrzyneczkę z papieru, która jednak wykonana była z innego materiału. - Dziękuję Ci Arnoldzie Burshky za stworzenie... - zmrużył oczy i przeczytał napis z wielkim skupieniem - "Pudełka oszukującego grawitację, z uwzględnieniem metafizyki". Me-ta... Me-ta-co? Co to metafizyka? - James rozejrzał się po znajomych, ignorując szczekliwy śmiech Syriusza.
- Boże, widzisz i nie grzmisz. - mruknęła Lily pod nosem. - To, co ponad fizyką! Jest to podstawowa z dyscyplin filozoficznych, bada najogólniejsze własności bytu! Pewnie stworzył to ktoś zajmujący się mugoloznastwem...
- Dziękuję. - odpowiedział James i wyciągnął różdżkę zza pazuchy, transportując pudełko z powrotem na swoje miejsce. Evans, McKinnon i Addams wytrzeszczyły oczy i jednocześnie przestały pracować.
- Co to jest?! - krzyknęła Marlena, wskazując na przedmiot.
- Różdżka. - powiedzieli jednocześnie Syriusz i James.
- To widzę. Jak ją tu wniosłeś? McGonagall nas sprawdza przed każdym szlabanem!
- Oj, jak Ty mało wiesz o życiu, Maleńka... - zadrwił Łapa, opierając się leniwie o zakurzony regał. Marlena zignorowała zupełnie chłopaka, wlepiając wzrok w Rogacza.
- Zamknij jadaczkę, jeśli nie masz nic mądrego do powiedzenia, Black! - syknęła jadowitym tonem Emily, czym wyraźnie uraziła chłopaka, który nie zdążył się odgryźć. - Mów dalej, Potter!
- Normalnie. Mam więcej różdżek. Co w tym dziwnego? - zapytał, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Evans prychnęła wyraźnie zniesmaczona. - To nam pomoże w tych porządkach.
- Mamy OSZUKIWAĆ? - rudowłosa rzuciła szmatkę na biurko i założyła ręce na piersi. - Czy Ty zrobiłeś tu coś własnymi rękoma chociaż?
- Tak. Przez całe dwa tygodnie pracowałem tak, jak Wy.
- A Ty? - zwróciła się do Syriusza.
- No nie mów mi, że na mnie doniesiesz... - odpowiedział, udając oskarżycielski ton. Nie wytrzymał długo i znów się roześmiał. Emily przewróciła oczami, a Marlena skierowała się w stronę drzwi. W ślad za nią podążyła Lilyanne.
- Lily, nie chcesz naprawdę skończyć wcześniej? Nie zasłużyłyście na tę karę, dobrze o tym wiesz. To jedyna opcja, jeśli to ma się skończyć dziś lub jutro. Nie rozumiesz? - James zagrodził jej drogę, był tak blisko, że wyczuwała jego zapach.
Podniosła swój wzrok i spojrzała w jego duże, orzechowe oczy. Przygryzła lekko wargę, miał rację, ale chęć zrobienia mu na złość była silniejsza. Sama zastanawiała się, co zrobić. Wyminęła go i chciała wyjść z Izby Pamięci, lecz Rogacz złapał ją za rękę.
- Zostań, zrobimy to tak, że McGonagall się nie zorientuje i może będziesz miała całą niedzielę na spokojne napisanie referatów.
- Lily, on gada z sensem. - powiedziała Addams, stając po stronie Jamesa. Syriusz zaczął bić jej brawo, na co poczerwieniała ze złości.
- Też się z tym zgadzam. - Marlena odeszła od drzwi.
- No dobra... To jaki jest plan? - spytała Lily, odsuwając się od Rogacza. W miejscu, które dotykała jego dłoń cały czas czuła dziwne mrowienie, zrobiło jej się niedobrze.
- Bosko! - w oczach Jamesa pojawiły się wesołe ogniki. Evans już zaczęła żałować, że zgodziła się na takie oszustwo. - Najpierw musimy się ubrudzić. I to konkretnie, żeby wyglądało, jakbyśmy naprawdę się styrali...
- A może nie? - wtrącił Łapa. Potter zignorował go i kontynuował, nawet na niego nie patrząc. Całą swoją uwagę przelewał na Lily, co strasznie ją irytowało, kiedy wlepiał w nią te swoje ślepia.
- Musimy opróżnić płyny do mycia, wszystkie. I ubrudzić kurzem z niesprzątniętych półek wszystkie szmatki. No a potem użyjemy paru zaklęć i po problemie.
- To co, do roboty? - spytała Emily, odwracając uwagę Jamesa od Lily, za co ta była jej bardzo wdzięczna.
***
McGonagall bardzo zadowolona oddawała uczniom różdżki. Co chwila podkreślała, że nie ma rzeczy niemożliwych, chcieć to móc oraz to, że magia nie jest niezbędna do wykonywania podstawowych czynności. Evans skrzywiła się lekko przy ostatnim, ale zacisnęła usta pod bacznym spojrzeniem Pottera. Ku uciesze wszystkich zostali zwolnieni ze szlabanu. Po krótkim pożegnaniu się z Minervą wszyscy ruszyli do wieży Gryffindoru.
Syriusz obserwował Emily, która rzucała mu co chwila wściekłe spojrzenia. Nienawidziła go tak, jak Lily Jamesa. To było aż niezdrowe, bo nie miała ku temu żadnego powodu. Wręcz przeciwnie. Był zawsze miły, szarmancki, czarujący...
"Nie, to bardzo źle brzmi. Jednak może nie darzyć mnie sympatią, ale bez przesady." - pomyślał, nadal wpatrując się w dziewczynę. Była nieprzeciętnie ładna, chociaż zadufana w sobie. Była inteligentna, chociaż zgryźliwa. Każdą zaletę przysłaniała wada. A może była trochę, jak on sam? Nawet spocona, w spiętych włosach mogłaby się podobać. Rozumiał, o co chodzi Rogaczowi. "Kiedy ktoś Cię odtrąca, a nic do niego nie masz, to jest to swego rodzaju wyzwanie." - przeczesał palcami włosy i wyprostował się, będąc dumny z prostego odkrycia. Powoli zbliżali się do Pokoju Wspólnego. Na przodzie Marlena rozmawiała z Lily, James szedł za nimi, a obok Syriusza, no dobra, jakieś dwa metry "obok" szła Emily. Wpadł na genialny, w jego mniemaniu, pomysł. Podszedł do dziewczyny od tyłu, zasłaniając jej usta ręką i zaciągnął ją do ciemnego składziku Filcha.
- Co Ty wyprawiasz! - krzyknęła, kiedy ją puścił. Był za blisko, na szyi wyczuwała jego przyspieszony oddech. Dziś współczuła Lily, gdy spotkała ją podobna scena, a teraz sama znalazła się w bardzo niekomfortowej sytuacji. - Odbiło Ci totalnie?
- Chcę pogadać.
- To tutaj? Teraz? - wytrzeszczyła na niego oczy i założyła ręce. Przycisnął ją stanowczo do ściany. - No teraz to przegiąłeś, Black, odwal się, bo oberwiesz!
- Muszę przejść. - powiedział spokojnie, uśmiechając się, jakby to było to coś zwyczajnego. Przeszedł przez ciasny składzik i otworzył drzwi z drugiej strony. Za nimi była długa komnata. Duża, trochę przypominająca Wielką Salę, lecz rozmiarowo znacznie mniejsza. Twarz Emily rozświetliła się od blasku świec, a na jej twarz wstąpiło zaskoczenie.
- Uau... Nie wiedziałam, że mamy takie cudo w zamku...
- No widzisz, ja też nie, muszę to dodać do mapy koniecznie! - mruknął, by po chwili zdać sobie sprawę, co powiedział.
- Jakiej mapy? - spytała zaciekawiona dziewczyna.
- Tajnych przejść. - wymyślił na poczekaniu. - Nic wielkiego, przecież wiesz, że się tym zajmujemy.
- Koniec tej pogadanki, do rzeczy! Na cholerę mnie zatrzymałeś? Jestem brudna, spocona, zmęczona i Merlin wie, co jeszcze! - warknęła, przestępując z nogi na nogę.
- Za to jaka seksowna! - Syriusz uśmiechnął się, unosząc brew. Czarnowłosa próbowała go wyminąć, ale bez skutku. - Dobra, przepraszam. Chciałem zapytać za co mnie tak nienawidzisz?
- Black, Ty tak na serio? Jakbyś nie mógł mnie o to spytać w Pokoju Wspólnym...
- Nie zgodziłabyś się gadać ze mną przy ludziach. Identycznie, jak Evans z Rogaczem. To odpowiedz mi, skoro już tracisz na mnie swój czas.
Brunetka wciągnęła głęboko powietrze. Nie wiedziała, od czego zacząć. Zmarszczyła lekko brwi i poprawiła włosy związane w ciasny kucyk. Szukała w głowie najprostszego wyjaśnienia. Zdenerwowała ją ta sytuacja, chociaż z drugiej strony rozumiała Syriusza. Nigdy nie dogadywali się specjalnie dobrze, ale nigdy też nie było między nimi tak gęstej atmosfery, jak teraz. Chłopak obserwował mimikę jej twarzy, widać było, że jest trochę skonsternowana i postawiona pod ścianą. Nie chciał, żeby czuła się niezręcznie. Zwykle kobiety inaczej reagują na jego bliskość.
- To nie jest takie proste.
- Ależ jest, bo nie wydarzyło się nic, czym zasłużyłbym sobie na taką oschłość i ciągłe obelgi pod moim adresem. Czasem odnoszę wrażenie, że bierzesz korki od Evans. Tylko jest mała różnica, ja Ciebie nie podrywam. - uniósł kącik ust do góry i spojrzał na nią z lekkim rozbawieniem. Widział, jak zarumieniła się ze złości i zacisnęła usta.
- A nie przyszło Ci do głowy, że może po tych sześciu latach mam dość? Zwłaszcza, jak straciłam przez Ciebie i ten durny szlaban dwa tygodnie z życia! Dobra, widzę, że wolałbyś siedzieć tu dłużej, ale wybacz, nie mam na to czasu. Ustalmy sobie jedno - wbiła mu palec wskazujący w tors - dam Ci spokój, ale nie zbliżaj się do mnie na odległość mniejszą niż dwa metry. Jak znowu coś wykombinujesz, to uprzedzam, że urządzę Ci z życia piekło. Umowa stoi?
- Wtrąciłbym coś jeszcze. - Addams przewróciła oczami.
- Co takiego znowu?
- Po prostu nie traktuj mnie, jak wroga.
- Jak zaczniesz się inaczej zachowywać, to pomyślimy. A teraz wybacz, muszę wziąć prysznic, bo zaraz zacznie się nade mną unosić zielony dym. Idziesz?
***
Marlena McKinnon wyszła z łazienki ubrana w luźną koszulkę. Rzuciła się na łóżko, a jej długie, ciemne włosy rozpadły się po poduszce. Westchnęła cicho i obróciła się w stronę Lilyanne.
- Jak dobrze, że dzisiaj skończyłyśmy, co? - spytała tonem pełnym ulgi.
- Dobrze to by było w ogóle nie mieć tego szlabanu, ale powiem Ci, że nie spodziewałam się wolnego wieczoru. I w końcu chwila bez zmęczenia. Błogi spokój... - Lily obróciła się w stronę lustra i przeczesała palcami wilgotne, poskręcane włosy. Ostatnie dwa tygodnie pozostawiły widoczny ślad zmęczenia na jej twarzy w postaci nieestetycznych sińców pod oczami i szarawej cery. - Brakuje mi świeżego powietrza.
- To otwórz okno.
- Mar, nie o to chodzi. Brakuje mi spędzania czasu na dworze, a mamy taki piękny wrzesień...
- Och, mi też. Ale i tak można tu przewietrzyć. - Marlena wstała leniwie z łóżka i podeszła do okna. Pod jednym z dębów dostrzegła koleżankę z domitorium. - Jas spędza całe popołudnia na błoniach, nawet nie wiesz, jak jej zazdroszczę. Często widują ją z Remusem podobno. - McKinnon poruszyła znacząco brwiami.
W tym samym momencie do pomieszczenia wleciał dorodny puchacz, rzucił kopertę na łóżko brunetki i odleciał. Mar natychmiast rozerwała papier i wyciągnęła list. Poczta o tej godzinie nigdy nie zwiastowała nic dobrego. Wodziła oczami od lewej do prawej strony. Na jej czole pojawiły się małe zmarszczki. Zacisnęła usta.
- Coś nie tak? - spytała Lilyanne, kładąc brunetce dłoń na ramieniu.
- Lily... Grupa nazywana "Śmierciożercami" urządziła sobie dziś spacer na Pokątnej... Spalili pięć sklepów i cztery stoiska. Dziesięć osób jest w szpitalu św. Munga. W tym mój tato... - rudowłosa złapała się za usta. - Nie, nic mu nie jest. Musi zostać na obserwacji, bo oberwał nietypowym zaklęciem, ale nic mu nie zagraża. Mama prosiła, by przekazać Renee Florry, że jej tato leży w śpiączce. Merlinie... - McKinnon usiadła ciężko na łóżku.
- Ale dlaczego Ty masz to zrobić?
- Nasi rodzice się przyjaźnią i wspólnie od dwóch lat prowadzą stoisko na Pokątnej. Renee ma tylko jego. Cholera! Ona ma 11 lat... Świat jej się zawali...
- Marlena, przecież nic nie jest przesądzone. W mugolskich szpitalach czasem wprowadza się ludzi w śpiączkę, żeby mogli się zregenerować, spokojnie.
- Lily, ale to NIE JEST mugolski szpital! Teraz jesteśmy w magicznym świecie! Musi być BARDZO źle, skoro jest w takim stanie... Dobra, jeszcze nie jest późno... Pójdziesz ze mną?
- Jasne. - rudowłosa zwiesiła głowę, przez ostatni czas kompletnie zapomniała o istnieniu Voldemorta i jego szajki. Ogarnęła ją nostalgia. - Ubierzmy się.
***
James siedział w Pokoju Wspólnym wraz z Syriuszem i Remusem. Co chwila cała trójka wybuchała niekontrolowanym śmiechem. Nikt poza pierwszoroczniakami nie zwracał na to większej uwagi. No może z wyjątkiem paru dziewcząt, które chichotały, patrząc zalotnie w ich stronę. Czuli się wyjątkowo swobodnie, jakby świat wokół nie istniał. Mieli swój język, który rozumieli między sobą. Teraz jednak Potter wpatrywał się w kobietę, która zawładnęła jego sercem. Obserwował, jak stoi z Marleną obok małej blondynki. Widział uczucie żalu, smutku i współczucia, malujących się tak jawnie na jej twarzy. Widział też, jak ta mała gryfonka - Renee, obejmuje się rękoma i zaczyna się trząść, kręcąc głową. Dostrzegł troskę w oczach Evans. Przytuliła blondynkę z matczyną wręcz opiekuńczością, pozwalając jej się wypłakać. Cała scena rozczuliła chłopaka, który był pewien, że dziewczynkę spotkała jakaś tragedia. Potwierdzeniem była biała niczym papier McKinnon, wpatrująca się z kamienną twarzą w nieistniejący punkt przed sobą. Obok niego Syriusz i Remus wybuchnęli po raz kolejny salwą śmiechu.
- Cicho! - syknął Rogacz. - Patrzcie na Evans.
- No i? - prychnął Black, lustrując rudowłosą od dołu do góry. - Evans, jak Evans. O co Ci chodzi?
- Coś się stało... - szepnął Remus. - Trzeba podejść i zapytać, czy wszystko w porządku. Może ta mała potrzebuje pomocy.
Wszyscy, z wyjątkiem Syriusza, który się ociągał, wstali szybko z kanapy i ruszyli w kierunku dziewczyn. Spojrzenia rudej i Pottera spotkały się na ułamek sekundy. Jej oczy mówiły "nie teraz", jednak nie potrafił udawać, że nie widzi tej sceny.
- Lily, wszystko okej? Hej, Renee, co się stało? - zapytał, a rudowłosa pokręciła głową, gdy dziewczynka mocniej się w nią wtuliła.
- James, to nie jest dobra chwila.
- Widzę, że coś się stało, chcę pomóc.
- Nie pomożesz. - odezwała się Marlena, nadal patrząc nieprzytomnie przed siebie, jakby przez to mniej dotykało ją cierpienie Florry.
- Zawsze da się coś wymyślić. - powiedział Syriusz, uśmiechając się cierpko.
- On ma rację, nie ma sytuacji bez wyjścia. Są tylko trudne rozwiązania. - Remus wbił miodowe spojrzenie w brunetce. - To co się stało?
- Śmierciożercy. - szepnęła, a po jej twarzy potoczyła się gruba łza. Dopiero teraz zrozumiała, czym są. Dopiero teraz, gdy na własne oczy obserwowała cierpienie pół-sieroty, która w każdej chwili może zostać jeszcze bez ojca. Huncwoci spojrzeli po sobie, kiwając do siebie porozumiewawczo.
- Jutro wieczorem chcemy z Wami pogadać na ten temat. - powiedział James. - To naprawdę ważne. - dodał, kładąc nacisk na ostatnie słowo. Marlena odwróciła się w jego stronę z zaciekawieniem, a Lily skinęła niemal niepostrzeżenie głową. - Renee... - mała blondynka uniosła czerwone od płaczu oczy na gryfona. - Zaprowadzimy Cię teraz z Lilyanne do Profesora Dumbledora, dobrze? Jeżeli ktoś w tej szkole może Ci pomóc, to tylko on. - Evans spojrzała na chłopaka ze zdziwieniem. Obserwowała, jak oddaje Florry własny sweter, jak przytula ją do własnego torsu, jak chwyta w swoją dłoń jej małą rączkę.
- Dziękuję. - szepnęła, jakby nieobecna.
Wyszli we trójkę przed portret Grubej Damy i powoli przemierzali korytarze, przeżywając wraz z dziewczynką jej tragedię. Lily nie potrafiła sobie wyobrazić, co teraz czuje to małe dziecko, które tak dzielnie znosi tę okropną sytuację. Gdy byli już na czwartym piętrze Renee stanęła, widząc obraz trzech grajków namalowany przez jej ojca, gdy uczęszczał jeszcze do Hogwartu. Niebieskie, jak ocean oczy znów wypełniły się po brzegi łzami, które spływały jedna za drugą po jej rumianych policzkach. James wraz z Lilyanne kucnęli przy Florry, próbując ją pocieszyć.
- Hej, Mała... - zagadnął. - Nie możesz płakać. Twój tata tego nie chce.
- Mój tata umrze! - krzyknęła Renee z całą mocą, a jej głos odbijał się echem po korytarzach. - To wszystko bez sensu!
- Nie umrze. Wybudzi się z tej śpiączki. Pochodzę z mugolskiej rodziny i skoro tam potrafią wyprowadzać ludzi z takiego stanu, to co dopiero w magicznym świecie. - zagaiła Evans, próbując pocieszyć małą gryfonkę, która uniosła na nią swój wzrok z nadzieją.
- Naprawdę?
- Naprawdę. - przytaknął Potter. - Mój tato jest tam uzdrowicielem. Jak będziemy u Profesora Dumbledora to poproszę go, by skontaktował się pilnie z moim ojcem. Pomoże Wam. Obiecuję.
Lilyanne patrzyła z podziwem na tę scenę. Czuła się tak, jakby nie znała tego chłopaka, na którego z tak ogromną ufnością patrzy ta skrzywdzona dziewczynka. Rudowłosa uznała, że obrała zły cel na swoją przyszłość. Postanowiła, w tej właśnie chwili, że z całego serca pragnie zostać lekarzem w szpitalu św. Munga i dawać drugie życie takim ludziom, jak ojciec Florry.
- A co z tymi, którzy skrzywdzili mojego tatę? - spytała Renee.
- Obiecuję, że jak skończymy szkołę, to ich znajdę i się z nimi rozprawię. - powiedział James, przytulając do siebie dziewczynkę.
- Przysięgasz? - zachlipała w jego koszulkę.
- Przysięgam i obiecuję. To pewne bardziej, niż u Gringotta. Już nigdy nikogo nie skrzywdzą. - jego wzrok spotkał się z wzrokiem Evans. Nigdy nie widziała go tak poważnego. Poczuła dreszcz przechodzący wzdłuż kręgosłupa. On naprawdę nie żartował. Wiedziała to.



